You are currently browsing the category archive for the ‘Ludzie i sytuacje’ category.

Telewizja TVN wyemitowała ostatnio program Wojciecha Cejrowskiego pt. Buddyzm. Jakości materiału oceniał nie będę ale jego autorowi polecałbym zapoznanie się z alternatywnymi, do posiadanych, materiałami na temat buddyzmu. Nie będąc człowiekiem wymagającym zasugeruję użycie na przykład takiego oto skrótowca: Buddyzm for dummies w weekend.

Jako, że pan Wojciech łagodnie buddyzmu nie potraktował odezwały się głosy sprzeciwu (co zrozumiałe). Jako, że pojawił się opór społeczny i takież zainteresowanie część dziennikarzy poczuła się w obowiązku zrelacjonować społeczeństwu ‚że’; i obrodziło artykułami o wdzięcznych tytułach np.: Cejrowski rozwścieczył buddystów.

Radosna twórczość dziennikarska wprawiła mnie w stan zdziwienia.

Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

Policjant z Białogardu w Zachodniopomorskiem sam sobie wystawił mandat na kwotę 20 złotych. Dlaczego? Bo nie chciał mieć nieprzyjemności, za to, że podczas służby nie udało mu się nikogo ukarać.

„To jest skandal. W Komendzie Powiatowej Policji w Białogardzie panuje napięcie. Napięcie to spowodowane jest naciskami kierownictwa jednostki dotyczącymi pogoni za tzw. „wynikami”. Policjanci plutonu patrolowego mają nakładać mandaty za byle wykroczenia” – napisał do nas internauta na uprzejmiedonosze@policyjni.pl. Jak relacjonował, naczelnik wydziału prewencji ogłosił podwładnym, że będą ponosili konsekwencje służbowe, jeśli nie nałożą przynajmniej jednego mandatu na służbę. Pouczeń miało nie być w ogóle.

Doprowadziło to do tego, że 3 grudnia br., policjant po spokojnej nocnej służbie, podczas której nie stwierdził wykroczeń, wlepił mandat sam sobie . Stwierdził, że nie chce mieć nieprzyjemności i że żeby ich uniknąć gotów jest tak robić na każdej służbie.

Co więcej według naszego informatora, przełożony policjanta nie miał nic przeciwko takiemu wypełnianiu zadań. Zgłosił tylko uwagę, żeby funkcjonariusze będąc w patrolu we dwójkę, wystawiali sobie mandaty wzajemnie, a nie sami sobie.

ciąg dalszy artykułu: policyjni.gazeta.pl

Zastanawiam się jak to możliwe, że ów ‚przełożony’ nadal jeszcze pracuje w policji?

Lekarze Nadziei zamknęli punkt apteczny, w którym wydawali za darmo leki dla bezdomnych i ubogich. Skonfiskowała je policja. Teraz wzywa na przesłuchania ponad 80-letnich wolontariuszy.

– To miejsce kontynuowało działania rozpoczęte jeszcze w stanie wojennym. To wtedy społecznicy skupieni w Prymasowskim Komitecie Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom rozdawali lekarstwa, które do Polski trafiały z zagranicy – opowiada dr Maria Sielicka-Gracka, przewodnicząca warszawskiego oddziału Lekarzy Nadziei.

O Lekarzach pisaliśmy w „Gazecie” wielokrotnie. Stowarzyszenie prowadzi przy Wolskiej 172 na zasadach wolontariatu jedyną w Warszawie przychodnię dla bezdomnych. Za to właśnie nagrodziliśmy ich „Stołkiem”, naszą coroczną nagrodą dla ludzi, którzy robią w mieście coś wyjątkowego.

Od lat medycy prowadzili też punkt wydawania leków dla bezdomnych i ubogich przy ul. Rakowieckiej 61. Dwa nieduże pokoje za darmo udostępniła im parafia św. Andrzeja Boboli. Leki, jako darowizny, przekazywały firmy farmaceutyczne. – Przychodziło dużo ludzi, zwłaszcza starszych – mówi doc. Maria Chruściel, farmakolog. Ma 83 lata i od samego początku, jako wolontariuszka, kierowała punktem. – Najwięcej leków wydawaliśmy na nadciśnienie, cukrzycę, astmę. 20 lat tam spędziłam i nigdy nie było żadnej pomyłki ani reklamacji – podkreśla.

Jej mąż prof. Tadeusz Chruściel, też farmakolog, dodaje: – Przychodzili nie tylko bezdomni, ale też ubodzy, których nie stać na wykup leków. Wydawaliśmy im je za darmo. Takie miejsce jest niebywale potrzebne.

Pod koniec listopada w punkcie aptecznym niespodziewanie zjawili się policjanci w towarzystwie pracowników inspektoratu farmaceutycznego. Funkcjonariusze zapakowali w pudła wszystkie lekarstwa i zabrali. Od tamtej pory punkt jest zamknięty. – Byłam przesłuchiwana jako świadek. Kilka razy wzywano mnie na policję, bo musiałam być też obecna na miejscu przy spisie leków – relacjonuje Maria Chruściel.

Czytaj resztę wpisu »

Zatem po kolei:

  • Mała Róża wróciła do rodziców, co nie wszędzie spotkało się z życzliwym przyjęciem. Część komentarzy była jednak na tyle wyważona, iż wielu histeryków dostało spazmów. Ja sam zostałem nawrócony na drogę szeroko rozumianego zwątpienia w trafność decyzji sądu przez małżonkę. Dzięki Jo!
  • Marszałek Struzik (Mazowsze) obiecał, iż wycofa tiry z Kampinoskiego Parku Narodowego a wzdłuż niebezpiecznej drogi powstaną chodniki, ścieżki rowerowe i trasy migracyjne dla zwierząt. Popatrzymy co będzie dalej gdyż chwilowo marszałek się op… obija.

Valdoxan jest tańszy, wywołuje mniej skutków ubocznych i co najważniejsze – jest dużo skuteczniejszy niż wszystkie stosowane do tej pory antydepresanty. Lek może stać się najdoskonalszą bronią medycyny do walki z depresją – donosi Sky News.

Dzienna terapia kosztuje funta. To mniej niż leczenie większością konkurencyjnych antydepresantów. Jednak agomelatina – znana jako valdoxan – jest przede wszystkim niezwykle skutecznym lekiem.

Najnowsze badania przeprowadzone przez naukowców z Wielkiej Brytanii wykazały, że środek pomógł ponad 77 proc. cierpiącym na silne objawy depresyjne. To zupełny przełom – tak dobrych wyników nie miał jak dotąd żaden lek.

Czytaj resztę wpisu »

Marciusz Moroń zginął pod kołami samochodu, w którym siedziało dwóch pijanych mężczyzn. Policja umorzyła śledztwo. Dlaczego? Nie potrafiła ustalić, który siedział za kierownicą.

– Jak to możliwe? Mają samochód, ślady linii papilarnych, próbki krwi i nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, kto kierował samochodem? – nie pojmuje Barbara Moroń, matka ofiary.

Marciusz miał 39 lat. Skończył psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Był wegetarianinem i uczył jogi. W środowisku artystycznym Łodzi znali go niemal wszyscy. Pisał wiersze i scenariusze, grał w filmie i w teatrze, śpiewał, grał na gitarze. Zagrał epizod w „Z odzysku” Sławomira Fabickiego, filmie, który w ubiegłym roku był polskim kandydatem do Oscara. Objechał pół świata z chórem gospel. Drugie pół chciał odwiedzić, pokazując program z piosenkami żydowskimi, który przygotował ze swoją przyjaciółką Justyną.

Trzy godziny przed wypadkiem wysłał do matki SMS: „Mój wyjazd do Izraela 5.10 jest pewny…”. – Trzymam go na pamiątkę – mówi Barbara Moroń. – Syn miał tyle planów, wciąż czegoś szukał. Znał pięć języków, a właśnie zaczął się uczyć chińskiego.

19 sierpnia po południu Marciusz jechał rowerem w stronę centrum. Przejeżdżał wzdłuż muru najstarszego łódzkiego cmentarza, gdy rozpędzony polonez truck wpadł w poślizg próbując wyprzedzać inne auto. Uderzył w drzewo, potem w rowerzystę.

Marciusza w stanie ciężkim zawieziono do szpitala. Matka: – Dowiedziałam się o tym dopiero następnego dnia, bo policja nie potrafiła mnie znaleźć. Zawiadomił mnie dopiero ordynator oddziału, na którym leżał syn. Maciek odszedł tego samego dnia.

Co ustaliła policja? Samochodem jechali Dominik K. i Stanisław K. Obaj byli pijani: jeden miał 0,6, drugi – 1,8 promila alkoholu. Świadkowie – poza jednym – nie potrafili powiedzieć, który prowadził. Ten jedyny świadek zeznał, że kierowca miał żółtą koszulkę, a w taką ubrany był Dominik K. i to jemu prokuratura zarzuciła potrącenie Moronia.

Ale świadek, przesłuchany ponownie cztery dni po wypadku, zmienił zeznanie: nie widział, kto prowadził. Tymczasem Dominik K. i Stanisław K. wypierali się prowadzenia, wskazując jeden na drugiego. Sprawy nie wyjaśnił też lekarz sądowy: – Po obrażeniach na ciałach mężczyzn nie można orzec, który był kierowcą, a który pasażerem.

Czytaj resztę wpisu »

Archiwum

Kategorie

Reklamy