Strona główna > Tarotowe impresje > Święty spokój

Święty spokój

30/12/2013

30. dzień grudnia, poniedziałek, perfekcyjny środek bardzo długiego weekendu. Współpracownicy, którym nie dane było uzyskać urlopu albo lenią się wprost, albo udają, że pracują wynajdując sobie zajęcia z grupy zajęć osobliwych na ich stanowiskach pracy. U mnie w dziale ‚święty spokój’ w pełni, a ponadto z pełną obsadą pracowniczą przewidzianą na zwyczajowy dzień pracy. Doświadczenie działania w warunkach ekstremalnych nauczyło nas, iż takie chwile należy doceniać nie trwoniąc z nich niczego więc zajmujemy się tym czym powinniśmy od rana. Zaskakują nas najwyżej li i jedynie teatralne pozy i gesty czyniących rzeczy osobliwe, gdy odmawiamy aktywnego współuczestniczenia w ich improwizacjach. Pozawerbalny zarzut ‚ty gadzie, dlaczego nie chcesz się z nami bawić’ wyzierający z min symulantów wydaje się bezcenny.

Wspominałem ostatni dowcip o Abramie pytającym się swojego rabbiego ‚Rabbi czy chrześcijanie to się kiedyś zjednoczą?’. Dla dowcipu nie znających rabbi poczochrał brodę i odpowiedział, że owszem, że tak, że będzie to w dniu końca świata. Abram z niedowierzaniem dopytał ‚ale polscy też?’, a rabbi mu na to, że ci także, ale dopiero w trzy dni później. Dlaczego wspominałem? Na marginesie tarzających się w błocie smoleńskim koterii, w medialnym kisielu spraw wszelakich, powszechnych, obecnych, w ideologiach przed którymi ostrzega nas dominujący kościół; tam wszędzie, gdzie naszą tożsamość buduje fakt istnienia wrogów; przebiegłych gadów wyhodowanych na naszej piersi, tych którzy nie chcą się z nami bawić, którzy nie stwarzają pozorów zgodnych z naszym bieżącym atakiem konformizmu.

Trzy dni. Tyle potrzebujemy regionalnie na uporządkowanie naszych spraw i świętujemy gdy wszyscy dookoła już zapomnieli o powodach imprezowania. Lubieżnie celebrujemy przy tym naszą odmienność; naszą niespieszną ociężałość; nasz ślamazarny brak akceptacji będący wynikiem kręcenia dookoła głową w poszukiwaniu tych, z którymi można by się było zgodzić. Wybieramy szarą bylejakość; nudną ale stwarzającą pozory bezpieczeństwa. Nawet jeśli nasza prywatna wersja ‚świętego spokoju’ w niczym nie różni się od ósmego kręgu piekieł Boskiej Komedii nie wyrażamy chęci czy konieczności zmiany.

Cholera, za przeproszeniem, panie i panowie. Stójcie sobie do uśmiechniętej w kolejce za życiem śpiewając rzewnie psalmy z Krystyną P. mi osobiście święty spokój w Waszym wydaniu do niczego potrzebny nie jest.

Zostawiam Was sam na sam z refleksją a sam idę kończyć rzeczy, które dzisiaj zacząłem, kontynuować zaczęte wcześniej, cieszyć się codziennością, która zapewne wyniosła by rumieniec na wasze policzki, gdybyście zorientowali się, że można… a co? Uprawiana przeze mnie wersja świętego spokoju mogłaby poczynić spustoszenia w Waszym postrzeganiu świata.

%d blogerów lubi to: