W śnie tym istniała pewna wartość, ulotna, eteryczna, będąca obiektem pożądania wielu osób. W jej osiągnięciu nie pomagał status majątkowy, wiek, uroda, stan zdrowia i tężyzna fizyczna, mądrość, wiedza, cnota, znajomości; na jej zdobycie nie wpływał żaden z wymienionych (oraz niewymienionych, a mających w realnym świecie wpływ) środków ‚przekonywania’. Z tego powodu stanowiła obiekt pożądania. Jej posiadanie nie awansowało człowieka w hierarchii społecznej (ani żadnej innej) ale stanowiło specyficzny sposób sprawdzenia samego siebie (przybierając formę pytania: czy ja mam to coś co pozwoli mi sięgnąć po tę wartość); formę tak indywidualną, że jakiekolwiek porównanie siebie z innymi w tym względzie traciło rację bytu zanim ktoś zdołał o takim porównaniu pomyśleć; posiadający nie czuli się lepsi, ani się tak nie zachowywali, nie pogardzali tymi, którym nie było dane posiadać. Nie posiadający nie czuli się gorsi, ani nie zazdrościli tym, którzy posiadali. Brak posiadania i posiadanie nie były ze sobą konfrontowane. Brak posiadania skutkował jedynie pytaniem o mechanizm pozyskania, kryteria ofiarowania tej wartości człowiekowi. Budził pytanie: Co powoduje, że jedni ją otrzymali, a inni nie, skoro w żaden sposób się od siebie nie różnili? Jednakże ci, którzy otrzymali także zadawali sobie to własnie pytanie. Nikt nie był zaskoczony ani otrzymaniem i ani odmową udzielenia owej wartości. Traktowano to w naturalny sposób bez względu na efekt końcowy.

Depozytariuszką wartości była kobieta mieszkająca u szczytu zalesionego, szumiącego odcieniami zieleni, wąwozu; wąwozu wiodącego ku wierzchołkowi góry czarnej, ośnieżonej bielą na szczycie; wąwozu, którego pokonanie nie wymagało ani heroizmu ani nie angażowało czasu, a którym spływał strumień górski, wesoły, bystry, lazurowy. Dom odróżniała, od znanych mi miejsc, konstrukcja drzwi; te były niskie i wąskie, na planie kwadratu. Aby przez nie przejść należało się prawie czołgać bo czystej, suchej, niezarośniętej i brązowej ziemi. Drzwi pilnował strażnik, mężczyzna. Wnętrze było ciepłe pomarańczowym złotem i głęboką czerwienią przechodzącą w spokojną czerń.

Zwyczajny, niezwyczajny, sen. Taki, o którym wspominany już w moich tekstach nibyprorok uczył, że „widząc sen, widzi się albo wielką mądrość, albo wielką głupotę” i dodawał, że „sztuka w tym, by rozpoznać”. Ja swoją lekcję rozpoznałem, przepracowałem, zrozumiałem i przyswoiłem, a wierzę, że z pożytkiem. Jako zaś, że moje własne sny są zjawiskiem opisującym świat prywatnie wewnętrzny, i mając tę świadomość, że zewnętrznemu obserwatorowi wydać się mogą czymś na kształt tobołka cyganki, zdecydowałem się na jego publikację jedynie dla celów pedagogicznych, kronikarskich i romantycznych. Romantycznych, albowiem wyznaję zasadę, że sny mają siłę by zmieniać świat.

Reklamy