Niektóre z naszych zachowań indywidualnych, oraz społecznych, zdają się sugerować, iż magia w życiu naszego gatunku ma się dobrze, wręcz kwitnąco, oraz doskonale rokuje z rozwojem na przyszłość (irracjonalnie racjonalną wydaje się taka właśnie teza). Codziennie wykonujemy dziesiątki czynności, przeświadczeni, iż siła ich oddziaływania (per se) ma znaczący wpływ na jakość naszej egzystencji, że ich oddziaływanie jest ze wszech miar pożądane gdyż skuteczne. I skaczemy od przesądu do zabobonu jak te koniki polne po łące.

Trzeba nam przyznać i to, że jesteśmy na tyle skuteczni i przekonujący w skakaniu, że konstytuuje ono pośpieszne formowanie służb religijno-porządkowych mających przywracać normalność w naszej nienormalności (swoją drogą zabawną wydaje się sytuacja, w której tak porządkowi jak i ich ofiary … ups, znaczy się podopieczni uformowani zdają się być z jednego materiału i w istocie niczym się od siebie nie różnią). Więzy zależności magicznych przez nas wykreowane niczym węzeł gordyjski oplatają nam codzienność i nie budzi to w nas pytań o stan, choćby własnego, zdrowia psychicznego. Tak po prostu było, jest i pozostanie, że przyczyna nie musi mieć związku ze skutkiem, w każdym razie nie musi on być racjonalny bo często, i zazwyczaj, nie o racjonalność chodzi a o zdeklarowane przekonania (zespoły poglądów) jednostek. Ostatecznie też jest więc tak, że jeden żywi przeświadczenie, że dobry los zgotowały mu post i modlitwa (a choćby egzorcysty), inny iż przyczyniła się do tego lektura wielkich oświeconych umysłów z jakiegoś okresu historycznego, kolejny że przekazy mistrzów z Oriona, a jeszcze następny że to ta czy inna wróżka konkretnym rozkładem kart (czy same karty). Wszyscy wydają się przy tym być tak pewnymi własnych racji, a dodam, że każdy słusznie :)

Reklamy