Strona główna > Z życia admina, Zajęcia manualne z kodem > Słodki, słodki, słodki, cichy triumf mój

Słodki, słodki, słodki, cichy triumf mój

06/06/2013

Cała historia zaczęła się dziewięć miesięcy temu, kiedy… Nie. Nieprawda. To już chyba prawie dwa lata od momentu, gdy na warsztat weszły założenia chatu dla serwisów webowych. Odkurzmy więc nieco wspomnienia i wyświetlmy sobie te podstarzałe zapisy: parę spotkań, niektóre sugestie, chyba nawet zbyt ostrożne, zbyt skromne – ale to bez znaczenia – patrzcie, zdecydowano się na inne rozwiązanie. Obejrzyjmy sobie więc tamten projekt. Jest duży, ambitny – prawda? Niemalże barokowy. Tak, zgadza się, raczej nie wzbudza naszego zaufania, wolimy przecież rzeczy proste.

Zróbmy teraz fast-forward przez kolejne kilka miesięcy, pomijając nieistotne detale i kłopoty i zatrzymajmy się w czasie $NOW minus jakieś dziesięć miesięcy. Przypatrzmy się temu adminowi – widzicie, jaką ma schadenfreude? O, a teraz będzie dobre, za chwilę wyskoczy jak Filip z konopi i pochwali się, czego to on nie dokona. Sam. Jeden. A co.

Uparty jest, swoją drogą, przepchnął ten projekt. A i szefostwo też dobre – tak po prostu dać taką kobyłę do napisania adminowi. Ale oglądajmy, oglądajmy dalej. Miesiąc później: pierwszy commit. Nasz bohater jest jeszcze pełen entuzjazmu, wszystko wydaje się takie proste i oczywiste. Istna sielanka. No, ale co to za opowieść bez zwrotów akcji? Moment, skoczmy troszkę do przodu, do tego fragmentu gdy nasz domorosły heros orientuje się, że to jednak jest pewne wyzwanie. I chwila zwątpienia – konieczny element opowieści. To też straszna dłużyzna, przewińmy. A tu jest ten kawałek, gdy przyswaja sobie Ważną Prawdę. Nie ma swojego sensei, więc sam musi to pojąć – że i on musi iść na pewne kompromisy a istniejący i działający kod zawsze jest lepszy od nieistniejącego. Do tego jeszcze parę klasycznych mądrości, więc znowu fast-forward.

Teraz będzie nudne, to pamiętam, przeskoczmy. Pisze. Pisze. Nadal pisze. Pisze. Wdrożenie. Pisze. Znowu pisze. Stop – jak to „wdrożenie”? To powinno być na koniec, a tu jeszcze troszkę zostało. Cóż, opowieść bazuje (luźno) na realnej historii a nie na fikcji, więc musimy jej wybaczyć, że odbiega nieco od kanonicznego wzorca. Tu będzie dobre: teraz zmienia pracę, widocznie za łatwo mu było – ten kawałek też przewińmy, nie mam dzisiaj nastroju na dreszczowiec. Możecie to potem obejrzeć sami. Ale pisze nadal. Uparta gadzina.

W końcu finał: teraz moja ulubiona scena. Puszczam ją sobie od paru minut raz po raz i jeszcze raz i jeszcze. Tak, właśnie ta w której najpierw potwierdza, że planowa aktualizacja za chwilę, potem pisze „make release”, potem uruchamia węzły – a potem łączy się z losowym pokojem i patrzy, jak niczego nieświadomi użytkownicy łączą się, gadają o dupie Maryni, żartują z resetu uidów dla anonimowych gości – i zupełnie nie mają pojęcia, że czyta to wszystko twórca tego systemu i cieszy się, cieszy jak dziecko.

%d blogerów lubi to: