Trzy lata temu jego twarz z zasłoniętymi czarnym paskiem oczami nie znikała z serwisów telewizyjnych. Media pisały o nim, jak o liderze sekty, który zmanipulował grupą betanek, zbuntowanych zakonnic, wypowiadających posłuszeństwo samemu papieżowi. Sam został suspendowany, pozbawiony zakonnego habitu, znalazł się pod pręgierzem kościelnych hierarchów.

Wtedy, trzy lata temu, bo dziś po krytyce nie ma ani śladu. Ksiądz Roman spokojnie pełni swoją duszpasterską posługę w szpitalu na Podlasiu. Pytanie tylko czy Kościół przebaczył mu grzechy czy też zamiótł jego sprawę pod dywan?

Ciepły, pogodny głos odzywa się w słuchawce, by po chwili głucho wstrzymać oddech. W jednej chwili głos zamienia się w słuch. Mówię ja – o wywiadzie, autoryzacji, szczerej, spokojnej rozmowie, być może najbardziej szczerej od kilku lat, tak przecież grzesznych dla właściciela głosu. W końcu głos po drugiej stronie przerywa ciszę. Już nie jest ciepły i pogodny. Teraz brzmi gniewnie, stanowczo, z drżeniem wywołanym nieoczekiwaną rozmową. – Nie będę rozmawiał ani z panem, ani z żadnym pana kolegą po fachu. Proszę więcej nie dzwonić – mówi ksiądz Roman tonem nie uznającym sprzeciwu. Potem już tylko odkłada z hukiem słuchawkę nie pozwalając na dokończenie zdania.

Na pewno ksiądz Roman w swoim postanowieniu jest konsekwentny. Od kilku lat nie rozmawia z dziennikarzami, jakby śluby milczenia miał wpisane w swoją posługę. Niewiele mówi też prokuratorom i sędziom z Lublina, gdzie toczy się jego proces o okupowanie klasztoru betanek w Kazimierzu Dolnym.

Milczą też zwierzchnicy duchownego. Milczy biskup Stanisław Stefanek z diecezji łomżyńskiej, który pierwszy rozgrzeszył księdza Romana, który przyjął go pod swoje skrzydła, który pierwszy wybaczył mu jego schizmę wobec Kościoła, który być może pierwszy uwierzył w jego nawrócenie. Problem w tym, że to milczenie rodzi tylko domysły i serię kolejnych pytań.

Najważniejsze brzmi – czy niemal trzy lata po sławetnej eksmisji zbuntowanych sióstr zakonnych z klasztoru w Kazimierzu Dolnym, Kościół chcę zamieść sprawę księdza Romana pod dywan, darując byłemu franciszkaninowi i duchowemu przywódcy betanek jego nieposłuszeństwo wobec papieża?

– Trudno wyrokować czy to próba zamiecenia sprawy pod dywan. Mamy za mało informacji dotyczących obecnej sytuacji księdza Romana, nie wiemy jak się zachowuje, czy się zmienił, w jakiej jest kondycji psychicznej. Może rzeczywiście przeszedł przemianę. Nie wiem. Dla mnie sprawa jest zamknięta – przyznaje ojciec Tomasz Franc z Dominikańskiego Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach, który kilka lat temu na bieżąco śledził wydarzenia w kazimierzowskim klasztorze.

Historia buntu

O księdzu Romanie naprawdę głośno zrobiło się trzy lata temu. To właśnie wokół niego skupione były zakonnice, które odmówiły posłuszeństwa Watykanowi. Grupa sióstr nie zgadzała się z decyzją Stolicy Apostolskiej, która odsunęła od władzy w zgromadzeniu siostrę Jadwigę. Wierne jej zakonnice wierzyły, że Jadwiga doświadcza objawień Ducha Świętego zwiastującego „wiosnę Kościoła”. Zostały przy niej wbrew woli papieża. Razem z nimi był ksiądz Roman, już wtedy wykluczony z zakonu franciszkanów, również za nieposłuszeństwo. Sojusz niepokornych betanek i franciszkanina kończy się ich wspólną eksmisją z klasztoru w Kazimierzu Dolnym. W asyście policji, telewizyjnych kamer, tłumu gapiów.

Geneza buntu duchownego sięga jednak kilku lat wstecz. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych franciszkanin zaczyna się fascynować kościelnym ruchem charyzmatycznym. Zbliża się do zakonu betanek i jego ówczesnej matki generalnej – siostry Jadwigi, również uraczonej nurtem mistycznym. Kiedy w 2002 roku zza murów klasztoru zaczynają wyciekać informacje o coraz bardziej nietypowych praktykach religijnych stosowanych przez siostrę Jadwigę i księdza Romana, hierarchowie zakonu franciszkanów postanawiają je ukrócić.

– „Zachowanie ojca Romana bardzo mnie zaniepokoiło. W efekcie wydałem mu całkowity zakaz jakichkolwiek kontaktów ze zgromadzeniami żeńskimi, zakaz kierownictwa duchowego oraz spowiadania poza konfesjonałem. Nie mógł też spowiadać poza godzinami wyznaczonymi przez przełożonego” – opowiadał kilka lat temu dziennikarzom tygodnika „Wprost” ojciec Kazimierz Malinowski, ówczesny krakowski prowincjał zakonu franciszkanów.

Ksiądz Roman został też zesłany do parafii w Lwówku Śląskim, ale nawet i to nie powstrzymało go przed utrzymywaniem kontaktów z coraz bardziej skonfliktowanymi ze Stolicą Apostolską zakonnicami. W końcu ucieka z Lwówka Śląskiego do Kazimierza Dolnego, zamieszkuje w klasztorze i staje się przywódcą duchowym sióstr. Ponoć te zwracają się do niego „niebieski ojcze”. Za swoje nieposłuszeństwo zostaje suspendowany, co w świetle prawa kościelnego oznacza ni mniej, ni więcej jak zawieszenie kapłańskich powinności. Szybko zostaje też w ogóle pozbawiony habitu i usunięty z zakonu. Taka sama kara spada na krnąbrne zakonnice.

W końcu w październiku 2007 roku dochodzi do wspominanej wcześniej eksmisji i rozbicia grupy, która coraz bardziej przypomina sektę. Ksiądz Roman z klasztoru wychodzi w policyjnej asyście. Telewizje pokazują go jak przestępcę, z czarnym paskiem zasłaniającym oczy. To dlatego, ze prokuratura oskarża duchownego m.in. zakłócenia miru domowego i naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariuszy. W sumie ksiądz usłyszał siedem zarzutów. Wszystkim zaprzeczył.

Solidarność sutann

Do tego momentu trudno doszukać się choćby cienia skazy na postępowaniu Kościoła. Hierarchowie kościelni działają stanowczo, nie pozwalając rozlać się schizmie na kolejne zgromadzenia. Ksiądz Roman i siostra Jadwiga mają odpowiadać przed sądem za swoją krnąbrność, a wierne im zakonnice straciły habity.

W 2008 roku w sprawie księdza Romana następuje jednak dość nieoczekiwany zwrot. Biskup łomżyński Stanisław Stefanek otacza wyklętego przez franciszkanów duchownego swoją opieką. Wysyła go jako wikariusza i szkolnego katechetę do małej wsi pod Wyszkowem. Kiedy „transfer” księdza odkryły media rozpętała się burza. Publicyści snują prognozy, że parasol ochronny roztoczony nad księdzem Romanem może mieć katastrofalne skutki dla reputacji Kościoła. Nawet wśród części duchowieństwa panuje pewnego rodzaju konsternacja.

– „Mimo że kuria milczy, nie podejrzewam, aby biskup Stefanek, reaktywując duszpastersko ks. K. (skrót od autora – red.), zamiast wytycznymi prawa kościelnego kierował się „solidarnością sutann”. Wierzę, że jego decyzja wynika z przekonania, że były franciszkanin odbył już pokutę; widzi swoje błędy i chce w zgodzie z duszpasterzem diecezji prowadzić misję Kościoła. Nie oznacza to jednak, że nie podzielam wątpliwości związanych ze sposobem, w jaki kuria łomżyńska podeszła do całej sprawy, i z sensownością mianowania księdza równocześnie wikarym i katechetą szkolnym. Biorąc pod uwagę skomplikowaną przeszłość lidera betanek oraz fakt, że wydarzenia z nim związane miały charakter publiczny, trudno oczekiwać, aby decyzja o inkardynacji nie zainteresowała mediów i nie wzbudziła pytań wiernych oraz osób postronnych pamiętających wydarzenia sprzed roku – pisał wtedy na łamach „Tygodnika Powszechnego” ksiądz Jacek Prusak.

Dziś ksiądz Roman nie jest już katechetą w szkole pod Wyszkowem, jego dymisję wymusiło mazowieckie kuratorium oświaty. Parasol ochrony biskupa łomżyńskiego wciąż jednak roztacza się nad duchownym. We wrześniu ubiegłego roku ksiądz Roman został mianowany kapelanem szpitala w Wysokiem Mazowieckiem na Podlasiu i duszpasterzem służby zdrowia w tamtejszym dekanacie.

Wokół jego osoby zapanowało milczenie, mimo, że przed sądem w Lublinie cały czas toczy się proces, w którym były franciszkanin oskarżony jest o naruszenie miru domowego. Trudno też uwierzyć w nawrócenie guru zbuntowanych zakonnic, skoro już dwukrotnie ksiądz Roman odrzucił propozycje ugody zaproponowaną przez Zgromadzenie Sióstr Rodziny Betańskiej. Siostry nie żądały wiele, chciały tylko żeby ksiądz przeprosił, za swoją „gościnę” w klasztorze, przyznał, że jego postawa wywołała zgorszenie i wprowadziła wiernych w zamieszanie. Ale i na to duchowny nie przystał.

– To może być dowód na to, że nie przyznaje się do winy, że w swoim zachowaniu sprzed lat nie widzi nic złego. – mówi nam jeden z księży kanonistów, ale od razu zaznacza, że nie życzy sobie, żeby jego nazwisko pojawiło się w mediach. – Nie śledziłem sprawy betanek, nie znam księdza Romana, żeby się wypowiadać na jego temat – zaznacza.

Większość duchownych z którymi rozmawialiśmy nie chcę komentować całej sprawy, właściwie wszyscy kończą rozmowę w momencie, w którym pada nazwisko księdza Romana. Milczy też lubelska kuria, na której terenie rozgrywały się dramatyczne sceny podczas ewakuacji z kazimierzowskiego klasztoru. Wtedy kierujący lubelską archidiecezją arcybiskup Józef Życiński nazwał akcję wyjściem ze ślepego zaułka. Pytanie tylko, czy tak niefortunnymi decyzjami personalnymi, Kościół sam do niego nie wraca?

Autor: Maciej Stańczyk
źródło: wiadomosci.onet.pl

Reklamy