Strona główna > Czytanki polityczne, Psychoedukacja > Nauczycielka na emeryturze: dorabiała, musi oddać rentę

Nauczycielka na emeryturze: dorabiała, musi oddać rentę

03/03/2010

– Przepracowałam uczciwie ponad 30 lat. Dostawałam nagrody i odznaczenia. A teraz muszę włóczyć się po sądach jak jakiś złoczyńca i złodziej. To upadlające – mówi pani Jadwiga

Kłopoty łodzianki zaczęły się półtora roku temu. Była już wtedy na emeryturze. Wcześniej przepracowała 33 lata w szkole, ucząc historii i języka polskiego. Miała nieposzlakowaną opinię, bardzo dobry kontakt z młodzieżą i innymi pracownikami. Za swoje serce i działalność społeczną zdobywała nagrody i odznaczenia. Ale zaczęła chorować – najpierw na serce, później na gardło. Stwierdzono u niej typową chorobę nauczycieli, którzy dużo operują głosem: zmiany przerostowe krtani i zanik błony śluzowej. Męczyły ją częste infekcje, nigdy do końca niewyleczone, bo nie chciała opuszczać lekcji. W katalogu chorób zawodowych jej schorzenie uznano za taką chorobę. Instytut Medycyny Pracy przyznał jej prawo do świadczenia rentowego, które otrzymywała razem z pensją. Po przejściu na emeryturę dostawała połowę renty.

– Przez kilka lat siedziałam w domu, ale było mi coraz ciężej. Prócz zdrowia wysiadała też psychika, tym bardziej że komplikowały się sprawy rodzinne – opowiada pani Jadwiga. – Zaczęłam się rozglądać za jakimś dodatkowym zajęciem.

Koleżanka namówiła ją, żeby została opiekunką osób starszych. Pod koniec listopada 2007 roku zgłosiła się do agencji Serce, gdzie przyjęto ją z otwartymi ramionami. Natychmiast podpisała legalną umowę i rozpoczęła pracę. Opiekowała się dwiema paniami, w tym 80-letnią emerytowaną nauczycielką, którą znała wcześniej. Stan staruszki był bardzo ciężki – po udarze i operacji onkologicznej czuła się fatalnie i była załamana psychicznie. Potrzebowała nie tylko pomocy przy codziennych, życiowych czynnościach, ale także duchowego wsparcia, rozmów, zainteresowania.

– Pracowałam znacznie więcej godzin, niż to było w kontrakcie. Zarobki były bardzo marne – 3 zł za godzinę. Miesięcznie dawało to 240 zł. Dlatego bardziej traktowałam to zajęcie jako pomoc charytatywną, która przez całe życie była mi bliska – mówi łodzianka.

Pani Jadwiga przepracowała tylko trzy miesiące i cztery dni. Stan zdrowia nie pozwolił na więcej. Ponieważ praca była legalna, agencja odprowadzała do ZUS-u wszystkie składki, a co za tym idzie – Zakład wiedział, że pracuje. W czerwcu ZUS wysłał do niej pismo, że musi oddać bezprawnie pobieraną rentę za cztery miesiące. W sumie prawie 3 tys. zł. Pani Jadwiga była kompletnie zaskoczona.

– Kiedy poszłam wyjaśniać sprawę do ZUS-u, okazało się, że od 2003 roku, jeśli ma się emeryturę i rentę z tytułu choroby zawodowej, nie wolno dorobić nawet złotówki. Skąd miałam o tym wiedzieć? – pyta. – Przecież kiedy pracowałam w szkole, też pobierałam rentę i wszystko było w porządku. Nikt mnie nie zawiadomił, że coś się zmieniło w przepisach.

Kobieta stwierdziła, że nie zapłaci, bo nie ma tyle pieniędzy. Próbowała tłumaczyć, że zarabiała grosze (240 zł miesięcznie), podczas gdy renta wynosiła 600 zł i teraz chcą ją odebrać. Uważała, że to niesprawiedliwe. ZUS wystąpił do sądu pracy. Sędzia wysłuchał z uwagą relacji pani Jadwigi. Z życzliwością odniósł się do jej zawodowych i społecznych zasług, kłopotów ze zdrowiem i orzekł, że powinna oddać 1,3 tys. zł. ZUS wniósł apelację. Wyrok zapadł kilka dni temu – kobieta musi oddać prawie 3 tys. zł, czyli tyle, ile obliczył Zakład Ubezpieczeń Społecznych.

– Jestem zdruzgotana. Serce i nerwy w strzępach. Mąż w przededniu ciężkiej operacji. Nie dość, że nie mam tych pieniędzy, to włócząc się po sądach, czuję się jak najgorszy przestępca i złodziej. A to wszystko za parę groszy, które zarobiłam i które dla ZUS-u nic nie znaczą – rozpacza pani Jadwiga. – Syn nawet o niczym nie wie, tak mi wstyd.

Jedyne, co może teraz zrobić, to wystąpić do dyrektora łódzkiego oddziału Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, by rozłożył jej należność na mniejsze raty. Te, które orzekł sąd, to prawie 1,2 tys. zł, co zniszczyłoby budżet pani Jadwigi.

Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź

%d blogerów lubi to: