Dzisiaj jeden, za to dłuższy i zbiorczy wpis. Dotyczący działania teamów kuratorsko-sędziowskich:

Dla Stasia procedury lepsze niż dom

Noworodek Staś jest w domu dziecka. Skierował go tam sąd rodzinny, bo nie był pewny, czy tato chory na schizofrenię jest w stanie się nim zajmować? Sąd na opinię o stanie ojca może czekać kilka miesięcy. – Zadziałała bezduszna procedura – podkreślają psychiatrzy. – Nie należało dziecka zabierać ojcu, a dać mu opiekunkę.

Zbyszek Lisiecki z synem spędza codziennie cztery godziny dziennie. – Ojciec Stasia sam go karmi i przewija – opowiada Dorota Sznajder, kierownik domu dziecka, w którym przebywa noworodek. – Zabiera syna na spacery. Gdy dziecko śpi, siedzi na ławce i czyta książkę. Pozostali rodzice, którzy mają tu dzieci, nigdy w życiu książki w ręku nie mieli. Do dzieci zwykle przychodzą na pół godziny. Pierwszy raz widzimy ojca, który tak zabiega o kontakt z dzieckiem. Oczywiście trzeba sprawdzić stan zdrowia ojca i lekarz powinien orzec, czy może zajmować się synem, ale do tego czasu lepiej, żeby Staś u nas nie mieszkał.

Zadziałały procedury

Rodzice Stasia chorują na schizofrenię. Matka jest pod opieką psychiatry, ojciec nie chodzi regularnie do specjalisty. Gdy gorzej się czuje, zwiększa dawki leków. Po porodzie matka Stasia czuła się coraz gorzej. – Było sporo niepokoju, a rodzina oraz znajomi raczej dolewali oliwy do ognia, niż tłumili nastroje. Także ja sam przeżyłem pewne nasilenie i od kilku tygodni biorę minimalną dawkę leku jako zabezpieczenie – pisze Zbyszek w blogu w portalu dla osób chorych na schizofrenię, którym zarządza (kiedyś pracował jako informatyk, teraz utrzymuje się z renty).

11 maja, gdy choroba żony się zaostrzyła, pan Zbyszek zadzwonił na policję. Jedna karetka zabrała mamę Stasia do szpitala psychiatrycznego, druga – pana Zbyszka z synem do szpitala przy Niekłańskiej. Staś już nie wrócił do domu. Zadziałały „odpowiednie procedury” i po badaniach – postanowieniem Sądu Rejonowego dla Pragi-Południe – dziecko trafiło do domu dziecka.

Niech mnie zbadają

Wniosek do sądu „o wgląd w sytuację rodzinną małoletniego” złożyła dr Wanda Klonowska-Żelazko, ordynator oddziału patologii noworodka i niemowlęcia, na którym leżał Staś: – Trafiło do nas dziecko po interwencji policji i pogotowia. W takiej sytuacji musimy zawiadomić sąd rejonowy, żeby wyjaśnił, czy rodzice są zdolni do opieki nad małoletnim. Taka jest procedura. To ojciec dziecka wezwał policję i sprowokował całą sytuację.

13 maja sąd rodzinny postanowił, aby natychmiast noworodka umieścić w domu dziecka. „W ocenie sądu na chwilę obecną nie można stwierdzić, czy ojciec dziecka daje gwarancję sprawowania należytej opieki nad noworodkiem”. Sąd wystąpił o opinię do Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego. Dopiero gdy ją otrzyma, podejmie decyzję, czy rodzicom ograniczyć władzę rodzicielską, czy ich jej pozbawić.

– Takich opinii jest potrzebnych dużo, a ośrodki są dwa, dlatego czeka się na nie dwa miesiące. Niestety, zbliża się okres urlopowy i ten czas może się wydłużyć. Być może będzie potrzebna też opinia biegłego psychiatry i na to też trzeba będzie poczekać. Decyzja w sprawie Stasia może zapaść nawet za cztery miesiące. Jeśli będą zażalenia, to jeszcze później – wyjaśnia sędzia Marcin Łochowski, rzecznik Sądu Okręgowego Warszawa-Praga

Pan Zbyszek poskarżył się na postanowienie sądu, ale zastanawia się, czy skargi nie wycofać, żeby nie przedłużać procedur. – Niech mnie zbadają, ale nie za trzy miesiące! Staś leży w domu dziecka, który jest jak przechowalnia bagażu. On się teraz najbardziej intensywnie rozwija. Zgadzam się na kuratora. Na to, żeby przychodziła do nas opiekunka. Tu zadziałał krzywdzący stereotyp, że schizofrenik to psychopata, a to dwa zupełnie inne światy.

„Sąd porwał mi synka”

Rodziców Stasia zna psychiatra Joanna Meder z Instytutu Psychiatrii i Neurologii. – Pan Zbyszek jest odpowiedzialnym człowiekiem, który wspaniale sobie radzi z chorobą. Można mieć wątpliwości, czy będzie umiał codziennie robić jedzenie dla noworodka, ale to nie powód, żeby odbierać mu syna! Wystarczy zadbać o to, żeby codziennie miał do pomocy opiekunkę. Rozumiem, że są procedury, ale tu działanie jest bezduszne.

W domu pana Zbyszka na podłodze stoi tablica z napisem „Sąd porwał mojego kilkudniowego synka”. – Chciałem iść zaprotestować pod Ministerstwo Sprawiedliwości, ale wtedy to dopiero zrobią ze mnie wariata – mówi. O pomoc poprosił Rzecznika Praw Dziecka.

źródło: wiadomosci.gazeta.pl

Sprawa ta na szczęście zakończyła się pozytywnie dla rodziców:

Ojciec schizofrenik odzyskał syna

Po dwóch miesiącach pobytu w domu dziecka Staś wrócił do taty chorego na schizofrenię. – Tym postanowieniem sąd złamał kilka stereotypów: pokazał, że mężczyzna, na dodatek chory, może dobrze opiekować się dzieckiem – mówi ojciec.

Chłopiec znów śpi w swoim drewnianym łóżeczku w domu na Saskiej Kępie. Sąsiedzi od razu zauważyli pieluszki suszące się na balkonie. Rozdzwoniły się telefony z gratulacjami. – Cieszę się, że maleńki jest już w domu – mówi jedna z kobiet. – Jeśli będzie potrzebna pomoc, jestem do dyspozycji.

O powierzeniu opieki nad dzieckiem ojcu Zbigniewowi Lisieckiemu Sąd Rejonowy dla Pragi-Południe zadecydował w środę.

Dramatyczną historię Stasia opisaliśmy dwa miesiące temu. Oboje jego rodzice chorują na schizofrenię. Synka odebrano im 11 maja, tydzień po jego narodzinach. Tego dnia stan matki pogorszył się i pan Zbigniew zadzwonił na policję. Jedna karetka zabrała kobietę do szpitala psychiatrycznego, druga – ojca z synem do szpitala dziecięcego przy Niekłańskiej. Staś już nie wrócił do domu. Zadziałały „odpowiednie procedury” i po badaniach – postanowieniem tego samego praskiego sądu – chłopiec trafił do domu dziecka. Spędził tam ostatnie dwa miesiące. Tyle czasu zabrało sądowi ustalanie, czy ojciec chory na schizofrenię jest zdolny do opieki nad dzieckiem.

Przez cały ten czas Zbigniew Lisiecki regularnie odwiedzał synka w domu dziecka, karmił go i przewijał. Dorota Sznajder, szefowa tej placówki mówiła: – Pierwszy raz widzę ojca, który tak zabiega o kontakt z dzieckiem. To chyba jedyny rodzic, który gdy dziecko śpi, siedzi na ławce i czyta książkę, pozostali chyba nigdy w życiu lektury w ręku nie mieli.

Ojca i syna odwiedziliśmy wczoraj przed południem. Zbigniew Lisicki akurat karmił chłopca. Gdy Staś zaczął ziewać, zaniósł go do łóżeczka. – Jest spokojny. Potrafi w nocy przespać sześć godzin. Dzięki temu też się wysypiam – chwali syna.

– Gdyby nie łańcuszek ludzi dobrej woli, jeszcze bym czekał na Stasia – opowiada wzruszony. – W mojej sprawie interweniowało mnóstwo osób. Listy ze słowami poparcia dostałem od sąsiadów i przyjaciół. Po artykule w „Gazecie” sprawą zainteresowało się Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich, Biuro Praw Dziecka oraz kilku posłów. Nalegali, aby pilnie powołać biegłego, który określi, czy jestem w stanie opiekować się dzieckiem.

Pozytywną opinię o stanie psychicznym ojca przedstawił w sądzie prof. Jacek Wciórka, konsultant wojewódzki w dziedzinie psychiatrii. Uznał, że nie ma przeszkód, by pełnił obowiązki rodzicielskie. Podkreślał, że stan ojca jest stabilny od ponad 10 lat i mimo stresu związanego z odebraniem syna zachowuje równowagę i zdolność do racjonalnego działania. – Cieszę się, że dziecko jest już z nim – mówi prof. Wciórka. – Odebranie mu syna było poważnym grzechem. Zadziałały stereotypy. Postawiono też niewłaściwe pytanie: czy schizofrenik może wychować dzieci? Ono powinno brzmieć: czy ktoś, kto choruje, czuje się na siłach, by zajmować się dzieckiem? Opieka nad niemowlęciem to wyzwanie dla każdego. Jestem pewien, że Zbyszek mu podoła. To silny i dzielny człowiek.

Pomoc w opiece na Stasiem obiecali mu szwagier, dziadkowie i znajoma położna, która matkę Stasia zna z czasów wspólnych studiów na Akademii Medycznej. Wszyscy w pismach do sądu podkreślali zgodnie, że są do tego gotowi.

Zbigniew Lisiecki dużo rozmawia z synem. – Do opieki nad dzieckiem potrzebna jest wrażliwość i cierpliwość. Ja to mam – zapewnia. – Damy sobie radę, prawda, Stasiu? I poprawia synkowi niebieską czapkę.

W korytarzu stoi nowy wózek. Zbigniew Lisiecki: – Przed nami długie spacery. Umknęły nam dwa miesiące życia. Nie mam o to żalu. Ważne, że Staś nie ma objawów choroby sierocej. O to bałem się najbardziej. Mam nadzieję, że kiedyś dołączy do nas mama.

Sąd zakazał jej sprawowania samodzielnej opieki nad synem i przebywania z nim pod nieobecność osób trzecich. Ustanowił też kuratora sądowego. Ojciec chłopca ma co trzy miesiące przedstawiać informacje o stanie swojego zdrowia psychicznego.

źródło: wiadomosci.gazeta.pl

Niestety tylko ta sprawa. Działania sądów potrafią zaskakiwać. Z wczorajszej wieczornej lektury wynika, że sędziowie sądów rodzinnych potrafią być przede wszystkim bezdusznymi urzędnikami.

Sąd zabrał dziecko, bo w domu był bałagan

Matce trójki dzieci zabrano czwarte, tuż po porodzie. I podano leki, żeby powstrzymać karmienie, a piersi kazano ścisnąć. Sąd uzasadnił: bo w domu bałagan, bo matka niezaradna, bo ojciec za stary…

42-letnia Wioletta Woźna mieszka z Władysławem Szwakiem we wsi Błota Wielkie (gm. Wronki). Mają gospodarstwo i wychowują trójkę swoich dzieci w wieku 7, 9 i 11 lat.

Dwa tygodnie temu kobieta urodziła córkę Różę. Pięć dni po porodzie dziecko jej odebrano. Sędzia Jolanta Biniak uzasadniła to tak: dobro dziecka jest zagrożone, a matka i jej konkubent nie dają gwarancji prawidłowego zajmowania się noworodkiem.

Sąd oparł się na opinii kuratora: w domu jest bałagan, podłoga niezamiatana, brudne naczynia, okruchy na stole, kobieta jest niezaradna, a konkubent zajmuje się gospodarstwem i niewiele jej pomaga. Sąd stwierdza też, że kobieta jest upośledzona, a ojciec ma 63 lata. I umieszcza noworodka w rodzinie zastępczej.

Proboszcz broni rodziców

Tyle że w aktach tej sprawy leżą też odmienne opinie na temat rodziny. Na przykład pedagoga szkoły, do której chodzi trójka starszych dzieci: rodzice interesują się ich problemami, dzieci systematycznie chodzą do szkoły, zachowują się wzorowo, ojciec dowozi je punktualnie, widać silną więź emocjonalną między dziećmi a rodzicami.

Albo proboszcza: dzieci są czyste, zadbane, ubrane odpowiednio do warunków pogodowych, w postawie rodziców widać silną troskę i więź.

Adwokatka: To nieludzkie!

Jak to się ma do opinii kuratora sądowego? Sędzia Jolanta Bianiak, która wydała decyzję o zabraniu dzieci jest na urlopie. Zastępuje ją sędzia Marek Szadkowski. – Nie potrafię wyjaśnić tych sprzeczności i proszę mnie zwolnić z komentowania tej sprawy – mówi.

Pozytywne opinie o rodzicach i dzieciach złożyła w sądzie Małgorzata Heller-Kaczmarska poznańska adwokatka, zajmująca się sprawami rodzinnymi: – Decyzja sądu to skandal. Odebrano matce noworodka, bo kuratorowi nie podobał się bałagan w jej domu. To zabierzmy dzieci wszystkim rodzinom, które nie nadążają ze sprzątaniem.

Heller zażaliła się na decyzję o odebraniu kobiecie noworodka, wskazując, że nie pozwolono jej nawet karmić dziecka: – Pani Woźna twierdzi, że dostała leki na powstrzymanie produkcji pokarmu, a piersi kazano jej ścisnąć. To nieludzkie.

Ordynatorka oddziału położniczego Barbara Kaczmarek, na którym przebywała Woźna twierdzi, że szpital musiał tak postąpić: – Brak możliwości karmienia jest dla kobiety dużą uciążliwością. Stąd nasza decyzja o farmakologicznym wstrzymaniu laktacji i ciasnym staniku…

Kaczmarek dodaje, że kobieta wykazywała obojętność na otoczenie, a to mogło mieć wpływ na nieprawidłowe zajmowanie się dzieckiem. Czy stąd opinia sądu o upośledzeniu kobiety? Tyle że w samych aktach – co potwierdził sędzia Szadkowski – nie ma opinii psychologa. To skąd sąd wie o upośledzeniu? Bo ma informację, że kobieta leczyła się przed laty na depresję i psychozę.

Sprawą zainteresowaliśmy rzecznika praw dziecka, który zbada, czy rodzina spod Wronek może odzyskać dziecko.

Puste łóżeczko

Jedziemy do Błot. – Do Władka? To tamten dom. No przecie, że Władka znam, taki fajny człowiek. Trójkę dzieci już ma, ładne dzieci. A wczoraj słyszę, że Wioletta pojechała rodzić i wróciła ze szpitala bez dziecka. Podobno urodziła dziewczynkę. Różyczkę – kieruje nas starsza kobieta, którą spotykamy po drodze.

– Nie jest u nas najładniej. Wiemy, że ludzie lepiej mieszkają. Ale tak my się cieszyli, że się dziecko urodziło – tłumaczy Władysław Szwak i prowadzi do domu.

Przy stole w kuchni siedzą pani Wioletta i dzieci – Natalia, Ania, Tomek. Dzieci zadbane, ładnie ubrane. Na talerzach niedojedzona potrawka z kurczaka, rosół. W domu bardziej niż nieporządek widać zwykłą biedę. – Handluję złomem, drzewo ludziom tnę na kawałki, usługi różne świadczę, starcza, dzieci mają do jedzenia, co zechcą, nawet zapomogi nie brałem – mówi Władysław.

W jednym z dwóch pokoi stoi nowe puste łóżeczko z nową różową kołderką. – Jak kuratorka przyjechała sprawdzić, to nie miałem tak ładnie przygotowane, nie będę kłamał, ale przecież kupiłbym wszystko, zrobiłbym wszystko. Firanki teraz kupiłem – Władysław pokazuje kolorowe firanki z Kubusiem Puchatkiem.

– Jak z sali operacyjnej przyszłam, to przynieśli mi wieczorem Różyczkę do karmienia. Taka czarnulka, mówię sobie, do ojca podobna. A potem przyszła pani doktor i powiedziała: „O, pani Woźna, byli tam u was w domu sprawdzić, nie macie zanadto zrobione, wygląda na to, że dziecka nie dostaniecie. Kazali mi się ubrać i wyjść – mówi Wioletta. Opowiada z pewnym trudem, Władysław jej pomaga: – Pojechałem do szpitala, a tam stali tacy panowie i mówią, że mam zabrać tylko żonę. Nie wiedziałem, co robić, my się tego nie spodziewali, ja nie rozumiem… Czy my nie jesteśmy ludzie? Ja życia w sobie teraz nie mam. Jak Różyczkę zabrali, to może i resztę dzieci nam zabiorą?

Tomek przeszedł do czwartej klasy, przyniósł świadectwo: „Uczeń bardzo miły i grzeczny zarówno dla nauczycieli, jak i kolegów. Pracuje samodzielnie i dokładnie. Czyta bardzo ładnie z pełną ekspresją. Doskonale rozumie przeczytany tekst i potrafi wyciągnąć z niego wnioski. Bardzo dobrze opanował wiadomości z niemieckiego…”

Natalia przeszła do piątej klasy – na świadectwie czwórka z polskiego, bardzo dobra ocena z zachowania i sztuki. – Natalia pięknie śpiewa – zachwycają się rodzice. – Mam coś zaśpiewać? – pyta Natalia. Staje na środku pokoju i zaczyna śpiewać: „Nie ma jak dom, tu przyjaciele są…”

Źródło: Gazeta Wyborcza Poznań

Po raz kolejny zastanawiam się nad tym co stało się z projektem ustawy o odpowiedzialności urzędniczej. Nad tym czy jej prowadzenie nie nauczyłoby w końcu urzędników, iż nie są bogami petentów, bo zbyt często zdają się wchodzić w tę rolę.

Reklamy