Strona główna > Psychoedukacja > Kościół z piekła rodem

Kościół z piekła rodem

10/06/2009

Po moralnym bankructwie Kościoła w Irlandii ostatnim prawdziwym bastionem katolicyzmu w Europie jest Polska. Ale nawet taki kolos jak polski Kościół stoi na glinianych nogach.

Biczowanie, kopanie, podpalanie, zadawanie oparzeń, dźganie, zmuszanie do pozostawania w pozycji klęczącej przez wiele godzin, zmuszanie do kąpieli w wodzie o temperaturze bliskiej wrzenia, bicie w podeszwy stóp, zawieszanie na haku i bicie, szczucie psami – to nie są praktyki, jakie wobec więźniów politycznych stosują strażnicy obozów zesłania w Chinach, ani metody nakłaniania terrorystów do zeznań w tajnych więzieniach CIA. Takich środków wychowawczych przez cały XX wiek używali wobec dzieci księża oraz bracia i siostry zakonne w instytucjach kościelnych w Irlandii. Wychowankowie tych ośrodków byli też na masową skalę molestowani seksualnie, z gwałtami zbiorowymi włącznie. 20 maja 2009 roku – dzień, w którym opublikowano raport tak zwanej komisji Ryana – to data ostatecznego upadku Kościoła katolickiego w Irlandii, instytucji, która przez stulecia stanowiła jeden z filarów tożsamości narodowej mieszkańców tego kraju i dzięki której udało im się oprzeć brytyjskiej kolonizacji.

Terror i niewolnictwo

Cały kraj jest w szoku – mówi „Przekrojowi” Kieran Doyle O’Brian, działacz społeczny, który przez ponad 20 lat pracy w biednych dzielnicach Dublina stykał się z ofiarami kościelnych instytucji. – Prawda o przemocy zaczęła wychodzić na jaw już w latach 90., ale mało kto się spodziewał, że zło miało aż tak monstrualne rozmiary.

Komisja pod przewodnictwem sędziego sądu najwyższego Seana Ryana została powołana w 1999 roku, po emisji serialu dokumentalnego „States of Fear” („Stany strachu”), w którym pojawiły się oskarżenia, że wykorzystywanie dzieci przez zakonne szkoły i domy opieki nie było incydentalne, tylko systemowe. Raport komisji ma 2500 stron. Prezentuje zeznania ponad dwóch tysięcy osób, które w latach 1930–1990 trafiły pod opiekę braci, sióstr i księży.

Oto fragmenty: „Trafiłem do ośrodka Chrześcijańskich Braci w Glin, gdy miałem trzy lata. Od ósmego roku życia byłem molestowany przez jednego z braci. Nigdy nie dało się uniknąć napaści. Był drapieżnikiem, który przychodził i oddalał się, kiedy chciał. Miał do mnie dostęp 24 godziny na dobę”. „Brat uderzył moją głową o biurko. Zalałem się krwią, więc wysłał mnie do ambulatorium. Tam zapytali mnie, co zrobiłem, że tak zdenerwowałem brata. „Chcieliśmy uciec, ale nas złapali”.

Za karę chłostali nas grubymi skórzanymi pasami nabijanymi monetami i innym żelastwem. Najpierw wzięli Kelly’ego i bijąc go, wrzeszczeli »Kelly, Kelly, Kelly chciał od nas uciec!«. Wiedziałem, że będę następny. Po dwóch uderzeniach zemdlałem, ale nadal słyszałem ich krzyk. Słyszę go do dziś”.

Państwo współpracowało z Kościołem. Nakazami sądowymi zsyłało mu podopiecznych, a potem płaciło za utrzymanie – od łebka. Pod kościelną kuratelę trafiały dzieci z rodzin biednych, bardzo często wbrew woli rodziców, dzieci z rodzin alkoholików, dzieci poczęte poza związkiem małżeńskim, dzieci wagarujące, dzieci dopuszczające się drobnych kradzieży, a bardzo często po prostu dzieci odbierane rodzicom tylko dlatego, że chciał je mieć u siebie ojciec dyrektor lokalnego domu opieki. Część instytucji funkcjonowała jak obozy pracy. W szkole w Goldenbridge dziewczynki całymi dniami nawlekały paciorki na różańce. Musiały wyrabiać normę: 600 paciorków w dzień powszedni, 900 w niedzielę. Ze sprzedaży różańców szkoła miała niezły zarobek. Dzieci pracowały w przykościelnych zakładach krawieckich, na farmach i w pralniach. Irlandzka prasa nie owija w bawełnę i nazywa to niewolnictwem, a cały system terroru w instytucjach – „irlandzkim holocaustem”. Przewodniczący komisji sędzia Ryan apeluje o wzniesienie pomnika na cześć ofiar systemu – tysięcy ludzi, których życie zostało złamane przez osoby mające otoczyć ich opieką. Raport nie wymienia przestępców z nazwiska, ale mówi o prawie tysiącu osób przez kilka dekad systematycznie wykorzystujących dzieci w ponad 200 placówkach. Określa miejsca zbrodni: „Internaty, szkoły, samochody, łazienki, sale sypialne, kościoły, zakrystie, pola, rezydencje duchownych”. Dzieci były też molestowane przez osoby z zewnątrz – ochotników, gości i opiekunów wycieczek. Jak pisze „The Irish Times”, „przemoc nie była wadą systemu. Ona była systemem. Terror stanowił zarówno cel, jak i metodę działania”.

Stypa po konklawe

Jeszcze na początku lat 80. prawie wszyscy Irlandczycy – ponad 95 procent – deklarowali, że są katolikami, i prawie wszyscy chodzili co niedziela na mszę, a w piątki nie jedli mięsa. Kieran Doyle O’Brian pamięta wizytę Jana Pawła II w 1979 roku, podczas której 200 tysięcy młodych ludzi zgromadziło się na mszy dla młodzieży na hipodromie w Galway.

– Entuzjazm był wielki – wspomina. – Papieżowi udało się pokazać młodzieży nową, świeżą twarz Kościoła, co na kilka lat wyhamowało proces sekularyzacji.

Odchodzenie Irlandczyków od Kościoła rozpoczęło się na dobre w połowie lat 80. na fali dobrobytu, którym nagle zaczął cieszyć się kraj przez setki lat pogrążony w biedzie. Ale dopiero lata 90., kiedy co kilka miesięcy na światło dzienne wychodziły kolejne przypadki molestowania dzieci przez duchownych, przyniosły całkowity upadek autorytetu Kościoła. Zupełne zeświecczenie Irlandii nastąpiło gwałtownie.

W zasadzie w ciągu kilku lat z kraju, gdzie kobieta, która urodziła dziecko poza małżeństwem, była obywatelem drugiej kategorii, Zielona Wyspa stała się katolicką pustynią – krainą wielkich kościołów z szarego kamienia zapełniających się tylko przy okazji koncertów jazzowych i innych świeckich imprez. Dziś nie więcej niż jedna trzecia Irlandczyków „od czasu do czasu” uczestniczy w mszy, a w dużych miastach odsetek ten nie przekracza kilkunastu procent. W 2007 roku zmarło 160 księży, a tylko 9 zostało wyświęconych, miejsce po 228 zmarłych siostrach zakonnych zajęły dwie nowe.

Raport Ryana jest gwoździem do tej trumny. Irlandia dołączyła do innych zmurszałych fortec europejskiego katolicyzmu. Wprawdzie według opracowań statystycznych rocznika watykańskiego Europę zamieszkuje 26 procent z ponad miliarda wszystkich katolików świata, ale są to katolicy niemal wyłącznie papierowi, statystyczni.

Hiszpania, ojczyzna dominikanów, jezuitów i Opus Dei, jest dziś jednym z najbardziej liberalnych państw na kontynencie. Dwa razy z rzędu głosuje na lewicową (według wielu lewacką), jawnie antykościelną partię dającą pełne prawa gejom, pozwalającą na aborcję bez ograniczeń i załatwienie rozwodu pięciominutową wizytą u notariusza. We Włoszech na papierze katolików jest 97 procent, ale tylko co trzeci z nich raz na jakiś czas odwiedza dom boży. Statystyka ta nie odzwierciedla podziału na biedne południe i bogatą północ. W regionach Kampanii, Kalabrii i na Sycylii ludzie nadal masowo uczestniczą w katolickich rytuałach – wśród nich jedni z najwierniejszych synów Kościoła – mafiosi z cosa nostry i kamorry. Ale w bogatym Mediolanie na północy kraju na mszę przychodzi co dziesiąty mieszkaniec.

W stolicy najstarszej córy Kościoła – Francji (katolicyzm deklaruje tam 76 procent populacji) – kościoły są pełne turystów, ale na mszę przychodzi pięć procent paryżan. W Bawarii, najbardziej katolickim landzie w Niemczech, ludzie nadal mówią sobie „Szczęść Boże” zamiast „Dzień dobry”, ale na uroczystą mszę dziękczynną z okazji wyboru Josepha Ratzingera na papieża do kościoła w jego rodzinnym miasteczku przyszło 75 osób. Można sobie wyobrazić, że w świątyni mogącej pomieścić tysiąc wiernych przy takiej frekwencji atmosfera była raczej niewesoła.

Nie dajcie się nabrać

Zostaliśmy więc sami. I na pierwszy rzut oka trzymamy się mocno. Dane CBOS przekonują, że aktywność wiernych od 20 lat utrzymuje się w Polsce mniej więcej na stałym poziome. Niezmiennie 50–60 procent katolików (a ci stanowią 96 procent populacji) regularnie chodzi do kościoła. Polska imigracja ożywiła nawet świątynie irlandzkie. Ale religijność Polaków jest pozorna i miałka, a jak mówi nam lewicujący katolicki publicysta Jarosław Makowski, polski antyklerykalizm jest równie silny jak polski antysemityzm.

Tylko co piąty polski katolik umie wymienić wszystkie dziesięć przykazań, a co trzeci nie zna żadnego. 18 procent badanych wiernych potrafi nazwać czterech ewangelistów. W istnienie piekła wierzy tylko 41 procent Polaków. Trzy czwarte owieczek wbrew nauce swoich pasterzy stosuje antykoncepcję, a niewiele mniej akceptuje seks przedmałżeński. Tadeusz Bartoś, były dominikanin, krytyk polskiego Kościoła, komentuje to tak: – Masowa religijność jest u nas kwestią kultury. Ofertą uczestnictwa Kościół spełnia bardziej funkcję społeczną niż religijną. Społeczeństwo jest mocno zeświecczone. W życiu większości ludzi religia niewiele zmienia, a do kościoła niekoniecznie chodzą motywowani religią. Czesi gromadzą się w gospodach, Anglicy w pubach, Holendrzy masowo działają w stowarzyszeniach, a my spotykamy się w kościele. Można potem przy obiedzie skomentować, co tam ksiądz powiedział mądrego czy głupiego.

W codziennych rozmowach Polacy – również praktykujący – przyznają, że nie lubią ani księży, ani Kościoła. Narzekają na „drogie samochody, kochanki na boku, Rydzyka, Jankowskiego, głupie i nudne kazania”. Według najnowszych badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego 40 procent aktywnych wiernych „zna chciwych i lekceważących księży”, a 29 procent uważa, że biskupi nie wyciągają konsekwencji z łamania przez duchownych celibatu i molestowania dzieci (przeciwnego zdania jest 27 procent).

Dominikanin ojciec Maciej Zięba nazywa to antyklerykalną eklezjofilią. – Polacy są głęboko przywiązani do Kościoła – mówi – ale jeśli spotykają się z przejawem hipokryzji, pazerności czy klerykalizmu, to głośno wyrażają swój sprzeciw. I to jest mądre.

Jarosław Makowski nie dostrzega w masowym uczestnictwie umiłowania Kościoła, tylko kulturowe i historyczne przywiązanie do rytuału, które będzie słabnąć. – To już widać – przekonuje. Ludzie zamieniają mszę na supermarket. Kapitalizm i docierająca nawet do nas wielokulturowość rozpuszczą ten rytuał. Polska dostaje się w tryby sekularyzacyjne przy bierności księży, których usypiają coroczne dane o „96 procentach katolików”.

Afera tak potężna jak w Irlandii na pewno przyspieszyłaby rozkład autorytetu polskiego Kościoła i proces pustoszenia świątyń nad Wisłą, ale to na szczęście nam nie grozi. Nasi rozmówcy, zarówno krytyczni wobec Kościoła, jak i go broniący, przyznają, że nic nie wskazuje na to, by molestowanie nieletnich mogło mieć u nas tak potworne rozmiary. W Polsce nigdy nie było wielkiej siatki instytucji patologicznie sprzęgających aparat państwowy z kościelnym.

Co nie znaczy, że problemu nie ma. Do świadomości społecznej przebiły się jedynie największe afery dotyczące molestowania – poznańskiego arcybiskupa Juliusza Paetza czy księdza Andrzeja Dymera ze Szczecina – ale sądy w całym kraju, a także wewnętrzne komisje powoływane przez zakony i diecezje wyjaśniają dziesiątki, jeśli nie setki spraw. Księża, kościelni, organiści regularnie pojawiają się w sprawach o pedofilię i molestowanie kobiet.

Mecenas Michał Kelm, który w wielu procesach reprezentuje pokrzywdzonych, mówi „Przekrojowi”, że są to z reguły ludzie bliscy Kościołowi – ministranci czy dziewczęta z chórów kościelnych. – Oni nawet nie chcą odszkodowania materialnego, tylko opieki, jakiegoś gestu, przeprosin.

Do tej pory polski episkopat nie przeprosił. Anonimowy duchowny wyznaje: – Choć znam przypadki, kiedy Kościół zachował się fair, to wśród hierarchów silny jest nurt, który chce załatwić te sprawy w sposób dbający o dobro Kościoła, a nie ofiar. Zamieść pod dywan, wyciszyć. Bardzo często jedyną przeszkodą na drodze do pełnego wyjaśnienia sprawy jest biskup – uważa. – Gdyby ofiary, które milczą, bo boją się piętna, zaczęły masową, publiczną opowieść, wybuchłaby bomba.

Tadeusz Bartoś: – Molestowanie nieletnich, tolerowanie ludzi w typie ojca Rydzyka, hipokryzja związana z celibatem, nieprzejrzystość finansów i wiele innych spraw przekonują, że Kościół katolicki także w Polsce w dużej mierze jest moralnym bankrutem. Ale ma skuteczną metodę, żeby to skrywać – samego siebie ogłasza sumieniem świata i jedynym arbitrem moralności. To jest jednak tylko uzurpacja. Kto się daje nabierać, ten zostaje nabrany.

Nawet w Polsce, ostatnim bastionie Kościoła katolickiego w Europie, tych, którzy dają się nabrać, jest coraz mniej.

autor: Łukasz Wójcik
źródło: wiadomosci.wp.pl

  1. 13/06/2009 o 17:17

    Zastanawiam się czasami czy jako ostatni bastion totalnej psychomanipulacji nie stracimy więcej niż inni. Wiadomo jest że jako ostatni zgasimy światło i zamkniemy za sobą drzwi lecz co w tym momencie może się stać. Snując wizję przyszłości można się spodziewać że jako naród nerwowy i porywczy będziemy chcieli wziąć sprawy w swoje ręce i czyżby znowu hm!? hm!? akt ukrzyżowania miał się powtórzyć. Coś mi się wydaje że same przeprosiny w naszym kraju to jednak nie wystarczą.

  2. 26/09/2009 o 10:53

    Po porannej modlitwie (tak jak obiecałem) dla ojca pana Jacka biorę się za kopanie okopów a w poniedziałek kupię sobie drut kolczasty. Tak łatwo mnie nie wezmą.

  3. RoB
    27/09/2009 o 15:14

    „W szczególny wreszcie sposób obowiązek wychowawczy należy do Kościoła nie tylko dlatego, że winno się go uznać również za społeczność ludzką zdolną do pełnienia funkcji wychowawczej, lecz nade wszystko dlatego, że ma on zadanie wskazywania wszystkim ludziom drogi zbawienia, a wierzącym udzielania życia Chrystusowego i wspomagania ich ustawiczną opieką, aby mogli osiągnąć pełnię tego życia. Tym więc swoim dzieciom obowiązany jest Kościół jako Matka dawać takie wychowanie, dzięki któremu całe ich życie byłoby przepojone duchem Chrystusowym, równocześnie zaś udzielać swej pomocy wszystkim ludziom do zdobywania pełnej doskonałości ludzkiej osoby, do dobra również ziemskiej społeczności i w budowaniu świata bardziej ludzkiego.” ten fragment pochodzi z Deklaracji Soboru Watykańskiego II „Gravissimum Educationis” (DWCH 3)… przeca to takie piekne jak ludziska w imie boskich idei som chowane… zaiste jak przystało na trzode:)

  4. 30/09/2009 o 06:31

    Panie ładny przecież Kościół jest powołany dla społeczeństwa a nie dla samego siebie. Krzewienia kultury i wiary i jest społecznie potrzebny. Gdyby mieli się opiekować wszystkimi to doprawdy pomoc obecnie by była potrzebna każdemu a jest to przecież niemożliwe. Pomoc potrzebna by była również i mnie ponieważ otrzymałem wczoraj list w którym jakiś ezoteryk przeklina mnie że jestem szatanem w owczej skórze. Nawet wówczas spojrzałem w lustro czy to widać jest ale jak zwykle zobaczyłem w nim twarz faceta z którym się witam podczas golenia. Co to znaczy według pana bardziej ludzkiego bo jakoś nie mogę tego zrozumieć. Czyżby ten świat nie był ludzki? Więc jaki jest?

  5. RoB
    30/09/2009 o 22:50

    Panie kochany:) mnię się Pan pytasz co to znaczy? A pytaj Pan tych co brali udział w Soborze i to wymyślili, a nie mnie:) Ja to już za czasów Świętej Pamięci Zmarłej Nieboszczki Monarchii Austro-Węgierskiej wypisałem się z tego stada. Jak ktoś lubi by nazywać go owiecą lub baranem w trzodzie/stadzie pana to prosze bardzo:) ja tam człek zwykły prosty jestem co swój rozum ma i wiem, żem ani nie baran ani nie owca jeno człek, a i też panów żadnych nad sobą mieć nie lubie i nie bede. Panie kochany a jak pan myślisz, ze jakby ten świat kapke ludzki był, to ktoś by pana sztanem zwał i jeszcze w owczą skórę przywdziewał?

  6. 02/10/2009 o 09:52

    Toż to Pan jest człek pospolity z rozumem ;-) a to dobrze bo takich jest potrzeba więcej aby z kryzysu wyjść. Coś ten komentarz trochę niezrozumiały jest (o szatana) chyba chodzi. Czytałem że największym zwycięstwem szatana jest to że nikt nie wierzy w jego istnienie. To jest dobry temat na moje następne opowiadanie fantastyczno naukowe „czapka niewidka szatana”

  7. RoB
    02/10/2009 o 18:51

    aaaaa juści przyznaje, że o szatana a nie „sztana” chodziło:) mea culpa… choć maxima bym jej nie nazywał:) Widzisz Pan, Panie kochany… najstarsi górale, co to jeszcze pamiętają czasy CK Nieboszczki Monarchii i Najjaśniejszego Pana – świeć Panie nad jego duszą, niech odpoczywa w pokoju, amen! – powiadają tak: ludzie w szatana nie wierzą, ale często i dużo o nim mówią; ludzie w Boga wierzą, ale mało i rzadko o nim mówią:) Dziwny jest ten świat, jak to drzewiej śpiewał zacny człek Czesio N. – daj mu Panie w niebiesiech wieczny odpoczynek, amen!

  8. 03/10/2009 o 09:34

    Dobra w takim razie przejdźmy do tego bytu, który zwany jest szatanem. Jak to się ma do tego co piszecie bo tak to co powyżej jest złe albo be.. a szatan to jest co albo kto. Wczoraj oglądałem znajomy wszystkim film „Matri…….XXL” Pan panie Rob mówi o niebiesiach to tak jak z tą czerwoną i niebieską pigułka tylko w tym omawianym przypadku niebieska była szatańska czyli życie złudnym światem a czerwona wyzwoleniem. To może to wszystko na odwrót jest.

  9. RoB
    03/10/2009 o 17:08

    Królewska faworyta
    Zapytano kiedyś Ludwika XIV, króla Francji; gdzieś pomiędzy markizą de Montespan a markizą de Maintenon (obie panie były metresami Jego Królewskiej Mości); dlaczego wybiera sobie na kochanki coraz starsze kobiety. Ten odrzekł, że z wiekiem coraz bardziej zaczyna przedkładać interesujące nad piękne. W istocie wybór godny Króla Słońce, choć nie sposób oprzeć się wrażeniu, że owo słonko jakby już nie najjaśniejszym blaskiem świeciło. Można wybrać, jak w tym przypadku pomiędzy pięknym a interesującym. Ale można także wyjść poza ten schemat. A wówczas można dokonać zupełnie innego wyboru. Można wybrać jedno i drugie, a wówczas okaże się, że piękne idzie w parze z interesującym.
    Co zaś się tyczy onych rzeczonych pigułek, to za komentarz niech posłuzy pewne arabskie przysłowie: „Możesz strusia mianować krową, masła z tego nie będzie.” Pozostając w towarzystwie pieknej Szeherazydy można rzec: „Czyje przekonania są piękne, tego życie jest dobre.” (to także arabskie przysłowie:)

  10. 06/10/2009 o 18:34

    Panie Rob to nie był struś a święta krowa :-) Czyżby pan pochodził z tych cieplejszych stron że takimi przysłowiami operujesz?

  11. RoB
    07/10/2009 o 19:13

    Panie Mirosławie:)… pewna dziecięca trupa wesoła, pod dyktando dorosłych spiewała kiedyś, że świętym to może być…, więc pewno krowa i też:) A czy ona święta i masło jakoweś z tego będzie? hmmmm Kiedy zył JPII świat zwracał się do niego per „Ojcze Święty”. Dziś świat modli się do trupa leżącego w podziemiach o cud, niecierpliwie oczekując, aż stosowne władze wydadzą odpowiedni certyfikat potwierdzający ową swiętość. Pytanie czy ona rzeczona krowa takowym dysponuje? Sam zresztą Wielki Kosciół nazywa siebie czasami Świętym, a powyższy artykuł znakomicie pokazuje ów aspekt Jego Świetości:) Zapewne też krowi placek od świętej krowy, gdy nim wysmarować twarz to miałby cudowne właściwości, choć żadną miarą nijakiego traktatu w tej materii nie znajdziesz:) (no chyba że to wersja „top secret”)
    Co zaś się tyczy mojego pochodzenia… cóż jestem jak Nomad przemierzający wszechświat własnej duszy, by doświadczyć jej przyjemności i rozkoszy:); ów Maur (a może giaur:) zachwycający się pięknem swojego Aranjuezu. Pochodzę z M8 albo jak kto woli NGC 6523 czasami określanej mianem Blue Lagoon Nebula w konstelacji Sagittarius:) choć w rzeczywistości jest ona dyfuzyjna i emanuje niezwykle delikatnym różowym światłem:)(ciekawe,że rózowy to takze kolor czakramu serca:) To taka moja Alhambra:)… przy okazji pozdrawiam kumpli z K-Pax`a:) i dziwczyny z Andromedy:)(M31:) Ya Habibi:)

  1. No trackbacks yet.
Możliwość komentowania jest wyłączona.
%d blogerów lubi to: