Strona główna > Psychoedukacja > Kierowca miał udar, policja wzięła go za narkomana

Kierowca miał udar, policja wzięła go za narkomana

06/02/2009

Zawieźli go do Szpital Praskiego na badania, które by to potwierdziły. Choć spędził tam pięć godzin i skarżył się na bóle głowy, żaden lekarz się nim nie zainteresował.

Środa, godz. 14. Grzegorz Wojciechowski wraca samochodem Włodarzewską do domu. Zatrzymują go policjanci – zauważyli, że jedzie zygzakiem. Są przekonani, że pił. Każą mu chuchnąć, ale od pana Grzegorza nie czuć alkoholu. Mężczyzna skarży się za to, że źle się czuje. Policjanci to ignorują. Wiozą go do komendy przy Opaczewskiej. Tam zapada decyzja – zatrzymany będzie przewieziony do Szpitala Praskiego i przebadany na obecność narkotyków w organizmie.

W szpitalu żaden lekarz nie bada pana Grzegorza, choć dalej skarży się na złe samopoczucie. Przez kilka godzin siedział w asyście policjantów w korytarzu i czeka na wyniki badań toksykologicznych.

Wtedy przyjeżdża tam jego brat. Razem pracują. Gdy pan Grzegorz rozmawiał z policjantami, miał włączoną komórkę – wymianę zdań słychać było w ich wspólnej firmie. – Jak tylko go zobaczyłem, wiedziałem, że jest niedobrze. Miał niedowład lewej części ciała, wykrzywioną twarz, mówił bardzo niewyraźnie – relacjonuje Michał Wojciechowski.

Dzwoni do żony pana Grzegorza. Jest godz. 16.30, właśnie wychodzi z pracy. – Od razu pojechałam do szpitala. Siedzieli na korytarzu. Grzesiek przysypiał, ślina mu leciała z ust, słabo kontaktował. Skarżył się, że boli go głowa. Policjanci stali obok – opowiada.

Pani Danuta biegnie do rejestracji. Prosi lekarza o pomoc. – Zapewniałam, że nie jest narkomanem – mówi. – Usłyszałam, że mam czekać na wyniki.

Jest godz. 18. Są wyniki. Wykluczają, że pan Grzegorz jest pod wpływem narkotyków. – Policjanci skwitowali tylko, że cały dzień stracili – dodaje pani Danuta.

Jej szwagier kontaktuje się ze znajomym lekarzem ze Szpitala Wolskiego. Ten natychmiast każe przywieść pana Grzegorza na neurologię. – Tam nie mogli wprost uwierzyć, że nikt męża wcześniej nie badał. Okazało się, że ma udar niedokrwienny mózgu – mówi pani Danuta.

Podczas tego zdarzenia dyżur w Szpitalu Praskim miał dr Cezary Haber, kierownik izby przyjęć. – Pacjent miał mieć tylko badanie na narkotyki. Widziałem go dziesięć sekund. Był przytomny. Nikt mnie nie prosił o pomoc – zapewnia. Ale po chwili przyznaje, że dotarło do niego, iż pan Grzegorz skarży się na ból głowy. Miał poradzić policjantom, aby pojechali z zatrzymanym na Hożą, bo policja ma podpisaną umowę z pogotowiem.

Jak sprawdziliśmy, pana Grzegorza zatrzymali do kontroli funkcjonariusze z wydziału ochrony placówek dyplomatycznych. – Dzisiaj mają wolne, więc kontakt z nimi jest utrudniony – zastrzega nadkom. Marcin Szyndler, rzecznik stołecznej policji. – Na podstawie lektury sporządzonej przez nich notatki i rozmowy z ich przełożonymi trudno dopatrzyć się jakichkolwiek uchybień. Samochód jechał zygzakiem, na włączonych światłach awaryjnych. Niemal doprowadził do kolizji z innym pojazdem. To była podstawa do podjęcia interwencji. I dodaje: – Trudno mi sobie wyobrazić, że mężczyzna prosiłby policjantów o pomoc, mówiąc, że źle się czuje, a oni by mu odmówili. Poza tym przecież przynajmniej dwie godziny spędzili w izbie przyjęć. Zatrzymany mógł się zwrócić o pomoc do kogokolwiek z personelu medycznego.

Paweł Obermeyer, dyrektor Szpitala Praskiego, przyznaje, że lekarz dyżurny powinien zbadać pacjenta, który został przywieziony na badanie toksykologiczne. – Sprawę trzeba wyjaśnić – stwierdza.

Grzegorz Wojciechowski leży w Szpitalu Wolskim. – Czuję się lepiej. Wczoraj było źle. Policjanci o tym wiedzieli, ale tylko kazali mi chuchać i pytali, co brałem – mówi łamiącym się głosem.

Michał Wojciechowski: – Jak można z góry założyć, że ktoś brał narkotyki? Całe szczęście bratu nic poważnego się nie stało. Ale czasem liczą się minuty, a tu lekarz zbadał go dopiero po pięciu godzinach.

Nadkom. Marcin Szyndler: – Jeżeli ten pan lub jego bliscy uważają, że policjanci nie dopełnili obowiązków, mogą złożyć skargę w komendzie stołecznej.

Pan Michał zapowiada, że złoży skargi zarówno na policję, jak i na Szpital Praski.

źródło: miasto.gazeta.pl

Gwoli komentarza: Zazwyczaj zachowuję się kulturalnie, ale bywają takie momenty w życiu młodego żółwia gdy odczuwa szczególną potrzebę by komuś przypierdolić. Prewencyjnie. W tym przypadku funkcjonariuszom i kilku innym przedstawicielom zawodów szczególnego zaufania społecznego. W trosce o własne bezpieczeństwo bo nie wiadomo przecież co przynieść mi może dzień jutrzejszy.

%d blogerów lubi to: