Marciusz Moroń zginął pod kołami samochodu, w którym siedziało dwóch pijanych mężczyzn. Policja umorzyła śledztwo. Dlaczego? Nie potrafiła ustalić, który siedział za kierownicą.

– Jak to możliwe? Mają samochód, ślady linii papilarnych, próbki krwi i nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, kto kierował samochodem? – nie pojmuje Barbara Moroń, matka ofiary.

Marciusz miał 39 lat. Skończył psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Był wegetarianinem i uczył jogi. W środowisku artystycznym Łodzi znali go niemal wszyscy. Pisał wiersze i scenariusze, grał w filmie i w teatrze, śpiewał, grał na gitarze. Zagrał epizod w „Z odzysku” Sławomira Fabickiego, filmie, który w ubiegłym roku był polskim kandydatem do Oscara. Objechał pół świata z chórem gospel. Drugie pół chciał odwiedzić, pokazując program z piosenkami żydowskimi, który przygotował ze swoją przyjaciółką Justyną.

Trzy godziny przed wypadkiem wysłał do matki SMS: „Mój wyjazd do Izraela 5.10 jest pewny…”. – Trzymam go na pamiątkę – mówi Barbara Moroń. – Syn miał tyle planów, wciąż czegoś szukał. Znał pięć języków, a właśnie zaczął się uczyć chińskiego.

19 sierpnia po południu Marciusz jechał rowerem w stronę centrum. Przejeżdżał wzdłuż muru najstarszego łódzkiego cmentarza, gdy rozpędzony polonez truck wpadł w poślizg próbując wyprzedzać inne auto. Uderzył w drzewo, potem w rowerzystę.

Marciusza w stanie ciężkim zawieziono do szpitala. Matka: – Dowiedziałam się o tym dopiero następnego dnia, bo policja nie potrafiła mnie znaleźć. Zawiadomił mnie dopiero ordynator oddziału, na którym leżał syn. Maciek odszedł tego samego dnia.

Co ustaliła policja? Samochodem jechali Dominik K. i Stanisław K. Obaj byli pijani: jeden miał 0,6, drugi – 1,8 promila alkoholu. Świadkowie – poza jednym – nie potrafili powiedzieć, który prowadził. Ten jedyny świadek zeznał, że kierowca miał żółtą koszulkę, a w taką ubrany był Dominik K. i to jemu prokuratura zarzuciła potrącenie Moronia.

Ale świadek, przesłuchany ponownie cztery dni po wypadku, zmienił zeznanie: nie widział, kto prowadził. Tymczasem Dominik K. i Stanisław K. wypierali się prowadzenia, wskazując jeden na drugiego. Sprawy nie wyjaśnił też lekarz sądowy: – Po obrażeniach na ciałach mężczyzn nie można orzec, który był kierowcą, a który pasażerem.

Przełomu nie przyniosły badania genetyczne krwi zdjętej z fotela pasażera, dźwigni zmiany biegów i prawych drzwi. – Ilość DNA w próbkach uniemożliwia identyfikację – orzekli biegli.

Odciski palców? Na kierownicy nie znaleziono śladów linii papilarnych, które nadawałyby się do identyfikacji.

Finał: Dominik K. został uwolniony od zarzutów z powodu braku dowodów. Sprawa została umorzona z powodu „niewykrycia sprawcy”.

Umorzenie prokuratura uzasadnia na dwóch kartkach maszynopisu. – My też nie jesteśmy zadowoleni z tej decyzji – mówi Małgorzata Bauer, szefowa Prokuratury Łódź-Polesie.

Matka Marciusza będzie się odwoływać. – Prokuratura nie zrobiła wszystkiego, co mogła, aby ustalić, kto jest sprawcą śmierci mojego syna – mówi Barbara Moroń.

List otwarty przygotowali przyjaciele artysty. – Nie możemy się pogodzić z takim końcem jego historii – mówi Joanna Fabicka, najbliższa przyjaciółka Marciusza. – Nigdy nie widziałam na pogrzebie tylu ludzi. I nigdy nie słyszałam tak przejmującej ciszy.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Reklamy