Projekt

07/11/2008

Trzy dni. Jeden klient. Projekt podstawowy zrobiony w godzinę. Odrzucony. Klient ma inną wizję więc muszę zmienić założenia. Kolejny projekt, po ponad 20 godzinach pracy, odrzuca dział handlowy. Wysłali już do klienta ofertę cenową i mimo, że projekt jest perfekcyjny nie zmieścimy się w kosztorysie. Kończy się czas. Papieros i kawa. I ostatni pomysł na realizację projektu. Pomysł z cyklu tych, o których się mówi ‚kiedyś, gdy będę miała czas to być może go zrealizuję i być może na kimś przetestuję’. W prostocie genialny. Nie kosztujący nas nic. Poza wykonaniem. Po trzech godzinach kończę i oddaję. Handlowcom i klientowi. Szok. Projekt jest prosty. Wręcz banalny. Kompletny i spełnia wymagania. Wykracza przy tym daleko poza wyobrażenia klienta, o wyobrażeniach handlowców i prezesa mojej własnej firmy nie wspomnę.

Nauczyłam się jednego. Tego, że nie można zamknąć się we własnej, ciasnej, perspektywie. W sztampie. Czasami trzeba zrealizować marzenie. Jedno marzenie z serii wielu. Zrealizowane marzenie ma większą siłę oddziaływania niż miesiące rozważania o tym ‚co by było gdyby się zdarzyło’.

  1. niebieski
    20/11/2008 o 21:56

    Myślę, że to nie jest zaproszenie do marzycielstwa, ale do odwagi uwierzenia w siebie… :-)

  2. keczua
    23/11/2008 o 14:34

    Zachęta do realizacji własnych planów, choćby wydawały się nieosiągalne :)

  3. niebieski
    24/11/2008 o 05:25

    Joanno, z całym szacunkiem, ale tutaj nie mogę zgodzić się z Tobą. Wyjaśnię o co mi chodzi na przykładzie z mojego życia. Kiedyś bardzo mi zależało na zrealizowaniu czegoś i niejako „wymusiłem” to na Panu Bogu. Chodziło o dwumiesięczny wyjazd za granicę w celu nauki języka. Modliłem się: „Panie Boże, ja muszę tam pojechać”. Pan Bóg pozwolił na zrealizowanie moich planów, ale dzisiaj, z perspektywy więcej niż 15 lat, myślę, że to był chyba najgorszy czas w moim życiu. To była gorzka lekcja, ale potrzebna. Zrozumiałem, że nie jest dobrze realizować swoje plany. W angielskim jest takie powiedzenie: „Be careful what you wish for, because … you can get it.” (Uważaj, czego pragniesz, bo możesz to dostać.) :D

    Na pewno jest prawdą, że Wszechmocny chce, żebyśmy realizowali dary, które w nas włożył. Dlatego na pewno można tu widzieć zachętę do ich realizowania, do twórczości w ogóle, do wiary w siebie, ale z „realizacją własnych planów” mogę się zgodzić tylko z pewnymi zastrzeżeniami. Zależy, co przez to dokładnie rozumiesz. Jeśli rozumiesz je tak, jak ja w tym opisanym wyżej przypadku, to nie.

    I nie piszę tego dlatego, że Cię nie lubię. Raczej dokładnie odwrotnie… :-)

  4. keczua
    25/11/2008 o 09:24

    To właśnie perspektywa człowieka wiary. Obok jego własnych decyzji pozostaje jeszcze Wola Wszechmocnego, z którą nie może się nie liczyć. Postaram się zatem ująć to w Twoim języku. Załóżmy, ściśle hipotetycznie, że pojawia się na Twojej drodze życia jakaś sprawa. Jakaś potrzeba. Jakiś temat. I wiesz, jak zgodnie z własnym sumieniem, potrzebami i jednocześnie Jego Wolą, tę sprawę poprowadzić. Tę potrzebę zaspokoić. Ten temat zamknąć. Ale nie działasz. Paraliżuje Cię … nie wiadomo do końca co. Wiesz dokładnie, że powinieneś i jak powinieneś działać. Ale się wahasz. I właśnie ten moment wahania miałam na myśli. Z zachętą do działania. W Twoim języku ;)

  5. niebieski
    25/11/2008 o 16:12

    Z takim ujęciem mogę się zgodzić bez zastrzeżeń. :-)

    Taki „paraliż” czuję w sobie nie raz. Wiem, co robić; wiem, że to dobre, ale mimo to nie robię nic. A potem jest za późno. Pozostaje świadomość zmarnowanej okazji, smak porażki i niechęć do siebie. Jest taki opór w człowieku (wydaje mi się, że w każdym, a więc nie tylko w Tobie i we mnie ;) por. Rz 7) wzmacniany jeszcze względem ludzkim („Co oni sobie o mnie pomyślą?!”). Wzgląd ludzki – najgorsza forma zniewolenia, jeśli powstrzymuje cię (rozumiane ogólnie jak „you” w angielskim) od realizowania dobrych natchnień. :-(

  1. No trackbacks yet.
Możliwość komentowania jest wyłączona.
%d blogerów lubi to: