Strona główna > Codziennik agnostyczny > Religio, wracaj do sal

Religio, wracaj do sal

05/10/2008

Po blisko dwóch dekadach obecności religii w szkole coraz więcej Polaków chce jej powrotu do parafii. W ostatni weekend biskupi twardo powiedzieli: nie! Naprawdę ważne pytanie brzmi: czy doczekamy się lekcji etyki z prawdziwego zdarzenia?

Halina Postek jest z wykształcenia filozofem, pracuje jako nauczyciel akademicki na jednej z warszawskich uczelni. Ma takiego prywatnego hopla. Uważa, że dzieci i rodzice w polskich szkołach powinni mieć wybór pomiędzy religią a etyką. A jako że do nauczania tej ostatniej jest dobrze przygotowana (uczy etyki studentów), postanowiła zatrudnić się jeszcze jako nauczyciel tego przedmiotu. Ruszyła więc w obchód po pobliskich szkołach. Myślała, że pójdzie łatwo, bo specjalistów od etyki jest niewielu i mało kto chce pracować za nauczycielską pensję. A dyrektorzy szkół mają wszak obowiązek zapewnić chętnym etykę. W kolejnych szkołach słyszała jednak: „Dziękujemy, nie jesteśmy zainteresowani”. Tyle. W końcu jeden z dyrektorów w przypływie szczerości uświadomił panią Halinę: „Musiałbym wydać na panią pieniądze, których i tak mam bardzo mało. Na dodatek takie lekcje nie spodobałyby się księdzu proboszczowi. Po co mi kłopoty?”. To sytuacja raczej typowa – wprowadzone do szkół ministerialną instrukcją z 1989 roku nauczanie religii (w odróżnieniu od etyki) trwa, mimo że nie spełnia oczekiwań uczniów, rodziców, katechetów, władz szkolnych, Kościoła i standardów państwa świeckiego.

Ani święty, ani spokój
Coraz głośniej słychać o tym, że „operacja religia” zakończyła się fiaskiem. Według najnowszych badań przeprowadzonych we wrześniu przez ARC Rynek i Opinia* ponad połowa (51 procent) rodziców opowiada się za powrotem religii do sal katechetycznych. Przeciwnego zdania jest jedna trzecia (35 procent) badanych.
– Wyniki tego sondażu to głos za tym, żeby religia stała się czymś więcej niż jednym ze szkolnych przedmiotów, żeby była nauczaniem życia we wspólnocie parafialnej, kształtowała więź z lokalną społecznością kościelną – komentował dla dziennika „Polska” ojciec Jacek Prusak, jezuita i katecheta z wieloletnim stażem. Z cytowanych przez tę samą gazetę badań profesora Józefa Baniaka – socjologa z Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu, który przeprowadził sondaż na grupie gimnazjalistów i licealistów – wynika, że za powrotem religii do sal katechetycznych opowiada się aż 70 procent młodzieży. Powody są zresztą racjonalne. – Mam dwie godziny religii tygodniowo, a chemii tylko jedną. To jakiś absurd, bo na teście gimnazjalisty chemicznych pytań jest od groma. Z katechizmu raczej nie – relacjonuje Bartek, uczeń II klasy warszawskiego gimnazjum.
Polacy nie chcą też wliczania ocen z religii do średniej na świadectwie. Gdy rok temu pojawiło się rozporządzenie MEN w tej sprawie, z sondażu Gfk Polonia dla „Rzeczpospolitej” wyszło, że pomysł ten krytykuje aż 60 procent badanych.
Głosy krytyczne słychać też wewnątrz Kościoła, nie tylko z ust co bardziej liberalnych zakonnych teologów czy katolików świeckich. Wydaje się, że pęka też pewna zmowa milczenia wśród katechetów. Bo niezależnie od ochronnego parasola rozpiętego przez proboszcza czy dyrekcję nie mają w polskich szkołach łatwo. Nie tylko dlatego, że młodzież religii w szkole nie ceni, ale też dlatego, że spora część blisko 40-tysięcznej armii katechetów (duchownych i świeckich) trafia do szkół bez niezbędnego przygotowania pedagogicznego. Gdy dodamy, że pozytywna ocena z religii nie jest warunkiem koniecznym, by zdać do następnej klasy, nie dziwi, że katecheci stają się pierwszym obiektem niewybrednych żartów.
– Przez rok uczyłem religii w jednym z dobrych liceów i był to najgorszy rok w moim życiu – wspomina, prosząc o zachowanie anonimowości, ksiądz Marek. Gdy trafił do szkoły kilka lat po seminarium, w najczarniejszych snach nie przypuszczał, co go tam czeka. To była w końcu młodzież z dobrych domów, żadna zawodówka w złej dzielnicy. – Nie chodzi tylko o głupie komentarze, brak skupienia czy próby dziecinnych prowokacji, gdy szczodrze obdarzona przez naturę nastolatka siadała na pierwszej ławce z ogromnym dekoltem i czekała, co zrobię. Załamałem się, gdy ta „katolicka” młodzież zabawiła się w ukrzyżowanie, przyszpilając mi pinezkami do biurka wyciętego z obrazka Chrystusa z domalowanymi ogromnymi genitaliami…
Podobne historie mogłoby opowiedzieć zapewne wielu katechetów. Dlatego ostatnio coraz częściej słychać, że trudno o nowych kandydatów na nauczycieli religii, a niektóre diecezje mają – choć nieoficjalnie – spory kłopot z obsadzeniem wakujących etatów. Tym trudniej o katechetów przygotowanych do pracy z młodzieżą, a w przypadku żadnej innej grupy nauczycieli nie słychać tak często o naruszeniach praw uczniów czy po prostu fizycznej przemocy. I brak dyscypliny w klasie nie może tu być żadnym usprawiedliwieniem. – W mojej szkole, najlepszej podstawówce w Lublinie, mieliśmy w ciągu roku 13 katechetów – opowiada Ania. – Nie potrafili do nas mówić, nie łapali żadnego kontaktu, odchodzili.
– W nauczaniu religii decyduje autorytet, trzeba mieć charyzmat, taki „pedagogiczny pazur”. Organizujemy warsztaty dla katechetów, na których uczymy, jak pracować z dziećmi. Tłumaczymy, że w nauczaniu religii chodzi przede wszystkim o przekazywanie wartości, bez których trudno żyć szczęśliwie – tłumaczy ksiądz profesor Tadeusz Panuś z komisji episkopatu do spraw wychowania.

Produkcja ateistów
Z raportu mazowieckiego kuratorium za ubiegły rok wynika, że dyrektorzy szkół niechętnie hospitują zajęcia z religii, a wizytacji kościelnych nie ma prawie w ogóle. Dyrektorzy, choć zatrudniają katechetę i są za niego odpowiedzialni, tak naprawdę mają niewiele do powiedzenia, bo organem delegującym jest biskup. I to on decyduje o powołaniu katechety na miejsce pracy i odwołaniu go z niego. A kurie niechętnie przyjmują skargi na swych podopiecznych. Ostatnio wyszło na jaw, że ksiądz Roman – kontrowersyjny kapelan zbuntowanych betanek z Kazimierza Dolnego, któremu prokuratura postawiła zarzuty – został przez swych przełożonych wyznaczony na katechetę do szkoły w Długosiodle.
Podobnie było w ubiegłym roku szkolnym w Zespole Szkół Sportowych w Krapkowicach: choć prokuratura prowadziła dochodzenie w sprawie księdza Krzysztofa o naruszenie nietykalności cielesnej uczniów (jednemu przylał pasem, innych bił dziennikiem po głowie i szarpał za włosy), ksiądz nie został od razu odsunięty od zajęć.
– W sprawie katechetów nie ma więcej skarg niż na nauczycieli innych przedmiotów – zapewnia wizytator lekcji religii Krystyna Kowalczyk z Kuratorium Oświaty w Warszawie. – Jednak gdy sprawa dotyczy księdza, to rodzice od razu dzwonią do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka albo telewizyjnej „Uwagi”.
Być może mazowiecka wizytator ma rację, że media są łase na sensacje dotyczące przewinień księży i katechetów bardziej niż nauczycieli polskiego czy matematyki. Jednak druga strona medalu jest taka, że rodzice w konflikcie z księdzem są skazani na zderzenie z dyrekcją szkoły, która nie chce walczyć z kurią, na zderzenie z kuratorium, gdzie można usłyszeć, że „święcona woda nie parzy”, na nierychliwość biskupa. Może dlatego – by chronić własne dzieci – szukają w mediach drogi na skróty.
Nie chodzi tylko o być może przesadnie nagłośnione wyskoki katechetów. Są i inne kłopoty z „religią w praktyce”.
– Nie mamy ślubu kościelnego. Nie planowaliśmy posyłania naszego dziecka na religię, ale w drugiej klasie, gdy zaczęły się przygotowania do komunii, okazało się, że nasz wybór skazuje córkę na klasowe wykluczenie – opowiada Zbyszek, 30-latek z Warszawy. – Zapisaliśmy ją więc na religię i wtedy zaczął się rodzinny koszmar: najpierw naciski, by ochrzcić dziecko, a gdy i to byliśmy gotowi zrobić, okazało się, że musimy wziąć ślub. Dlaczego w publicznej szkole, utrzymywanej z podatków obywateli takich jak ja, dopuszczana jest dyskryminacja z powodu chodzenia – lub nie – na lekcje religii?
Krytyczny stosunek do szkolnej katechezy mają także niektórzy zdeklarowani katolicy. Agnieszka Rasmus, mama trzecioklasisty z Warszawy, przyznaje, że wypisała syna z lekcji religii, po tym jak w drugiej klasie był przygotowywany do pierwszej komunii: – Religia zaczęła kojarzyć się mojemu dziecku wyłącznie z zaliczaniem wyuczonych na pamięć modlitw i formułek. Próbowałam z innym rodzicem z tej szkoły interweniować w kurii, ale zrozumiałam, że tam panuje bezrefleksyjne przekonanie: religia w szkole na pewno nikomu nie zaszkodzi. Otóż ja doszłam do wniosku, że może jednak zaszkodzi. Skoro przeżycie religijne zaczęło się kojarzyć mojemu dziecku wyłącznie z obowiązkiem szkolnym, kuciem na pamięć? Dlatego szukamy lekcji religii poza szkołą.

Problem zgłaszany przez panią Agnieszkę dostrzegają już także katecheci. Ojciec Robert Wawrzeniecki, nauczyciel religii w gimnazjum w Kędzierzynie-Koźlu i duszpasterz akademicki, opublikował niedawno w „Tygodniku Powszechnym” tekst zatytułowany „Katecheza produkuje ateistów?”. Napisał: „Uczę religii w polskiej szkole od 2000 roku i coraz częściej zadaję sobie pytanie o skuteczność naszych działań katechetycznych podejmowanych od czasu powrotu religii do szkół. Można pozostać na poziomie samozachwytu i uznać, że jesteśmy najlepsi. Można także winić rodzinę, niesprzyjające chrześcijaństwu środowisko itp. (…) Jednak fakt faktem, że coś jest nie tak z naszym katechizowaniem”.
Według Wawrzenieckiego katechetom wciąż brak odpowiedniego przygotowania do podejmowania z dziećmi i młodzieżą dyskusji na nurtujące ich tematy. Brak im odwagi do rozmawiania o niuansach wiary. Zamiast tego serwuje się uczniom kościelne dogmaty i religijny infantylizm.
Mimo 18 lat nauczania religii w szkole dopiero ostatniego lata Kościół zdobył się na sprecyzowanie zasad oceniania na lekcjach religii. Teraz oceniana ma być wiedza, a nie pobożność. Do takiej decyzji episkopatu trzeba było jednak fali medialnych doniesień, że w szkołach uczniowie otrzymują dobre stopnie za uczestnictwo we mszy, bycie ministrantem, odprawianie pierwszych piątków miesiąca czy – jak w szkole w Świniarach – szóstki za uczęszczanie na nabożeństwa majowe. Sprawa stała się głośna, bo od ubiegłego roku ocenę z religii wlicza się do średniej. Pytanie, czy wydane 25 sierpnia, a więc tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, zalecenie episkopatu trafi do świadomości katechetów? Przecież ta potężna armia duchownych i świeckich nauczycieli religii nie zmieni się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
I tylko hierarchowie zachowują spokój, jak mantrę powtarzając (ostatnio arcybiskup Głódź), że „religia musi być nauczana w szkole, a episkopat i rząd nie prowadzą żadnych prac ani rozmów dotyczących zmiany tej sytuacji”. A to właśnie te gremia, a nie „jakieś sondaże”, decydują o miejscu nauczania religii – oznajmił w rozmowie z „Polską” gdański arcybiskup. Pomysł powrotu religii do sal katechetycznych określił zaś mianem „apokaliptycznej wizji”. Przyczyną twardej postawy Kościoła jest oczywiście jego walka o utrzymanie uprzywilejowanej pozycji w państwie, ale nie tylko. Nawet gdyby państwo dalej opłacało katechetów, konieczność nagłego uwolnienia tysięcy sal katechetycznych, które powstały za czasów PRL, a w których dziś często prowadzona jest dochodowa działalność gospodarcza, musi jawić się kościelnym ekonomom jako prawdziwa apokalipsa.

Małe dzieci, wielka polityka
Tymczasem blisko dwie dekady obecności religii w szkole to może wreszcie odpowiedni czas, by otrząsnąć się z historycznych obciążeń i zapytać, czy nie lepiej by było, gdyby religia wróciła do parafii?
Dlaczego żaden z rządów po 1989 roku nie podejmował tematu? Bo przez lata badania opinii społecznej wykazywały, że większość Polaków chce nauczania religii w szkole. Żaden polityk o zdrowych zmysłach nie zechce występować w imieniu mniejszości przeciwko większości. Zwłaszcza że – z trzema wyjątkami – resortem edukacji kierowali zawsze ministrowie o mniej lub bardziej prawicowych, konserwatywnych poglądach. Jednak, jak komentują socjolodzy, takie wyniki badań pokazywały raczej życzliwość Polaków dla nauczania religii czy samej religii w ogóle, nie zaś koniecznie dla jej nauczania w szkole. A przez 18 lat utarło się traktować to jako oczywistość.
Dlatego warto głośno postawić pytanie: czy publiczna szkoła w państwie, które konstytucyjnie ma wpisaną wolność wyznania religijnego, jest właściwym miejscem do nauczania religii? Tym bardziej że większość parafii ma wybudowane w czynie społecznym piękne sale katechetyczne, a wiele szkół pracuje na dwie zmiany, bo brak im sal lekcyjnych?
Oczywiście wymagałoby to trudnego rozdzielenia historycznych związków nauczania religii i zachowań patriotycznych w Polsce ostatniego 50-lecia. Religii w szkole uczono w Polsce przed wojną i przez dwa lata po odwilży 1956 roku. W latach 60., 70. i 80. – wykładana w kościołach – była elementem walki z komunistyczną rzeczywistością. Podobnie traktowano jej powrót do szkół wraz z demokratycznymi przemianami 1989 roku. I części opinii publicznej nie przeszkadzało wówczas nawet to, że był to powrót obarczony grzechem niezgodności z prawem.
Lekcje religii wprowadzono bowiem do polskich szkół nie ustawą czy choćby rozporządzeniem, ale instrukcją wydaną pod naciskiem episkopatu przez Henryka Samsonowicza, ministra edukacji w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Decyzję o wprowadzeniu religii do szkół zaskarżyła do Trybunału Konstytucyjnego ówczesna rzecznik praw obywatelskich Ewa Łętowska. W 1990 roku Trybunał odrzucił jej wniosek. – Do dziś uważam, że był to błąd Trybunału. Nie podważałam nawet faktu wprowadzenia religii do szkół, ale wskazywałam, że uczyniono to ma mocy instrukcji niezgodnej z ówczesną konstytucją i ustawami – mówi profesor Łętowska.
Wiceminister edukacji w pierwszym demokratycznym rządzie Anna Radziwiłł, która religię do szkół wprowadzała, zapewnia, że nie żałuje tamtej decyzji. – Bardziej obawiałam się wtedy niż teraz. Po paru latach przyznałam biskupom rację, że wprowadzili religię do szkół od razu i w sposób tak stanowczy. Inaczej nic by z tego nie wyszło – mówi dziś Radziwiłł. Tę stanowczość biskupi zachowali do dziś, choćby w kwestii wliczania ocen z religii do średniej. Przeciwnikom takiego rozwiązania kardynał Dziwisz zarzucił ostatnio, że „toczą walkę z religią w szkole”.
Tymczasem w sporze o wliczanie oceny z religii do średniej chodzi nie tylko o ideologię, ale także o to, że stopień z religii zwykle tę średnią podwyższa, a to jest istotne w rekrutacji do szkoły ponadgimnazjalnej, bo średnią przelicza się na punkty, które decydują o dostaniu się lub nie do wybranej szkoły. W najlepszych liceach i technikach decydują często ułamki punktów. Uczniowie niechodzący na religię są więc w sposób oczywisty dyskryminowani.
– Dopóki sprawy nie rozstrzygnie Trybunał Konstytucyjny, nie podejmujemy żadnych kroków – twierdzi wiceminister edukacji Zbigniew Marciniak. Trybunał z rozpatrzeniem wniosku zwleka już prawie rok. – Proszę nie dopatrywać się w tym złej woli – słyszymy w biurze prasowym TK – w ubiegłym roku oczekiwanie na wyrok wyniosło średnio 14 miesięcy.
Gdy wybuchła afera ze świadectwami, przedstawiciel warszawskiej kurii ksiądz Jacek Grabowski tłumaczył, dlaczego duchowieństwu tak zależy na umacnianiu pozycji religii w szkole: „W niedzielę w mszy świętej uczestniczy około 30 procent społeczeństwa, do którego kierujemy swoją naukę. Natomiast na lekcje religii nadal uczęszcza około 90 procent dzieci i młodzieży. Dlatego też właśnie w szkole mamy może jedyną szansę spotkać tych, którzy w kościołach się nie pojawiają”.

– Żadnej rewolucji w kwestii miejsca nauczania religii bym nie oczekiwał, choć prywatnie spotykam księży, którzy przyznają, że religia w szkole to odczarowanie tego przedmiotu – podsumowuje wiceminister edukacji Zbigniew Marciniak.

Nadzieja w etyce?
Przepisy wprowadzające religię do szkół mówią o tym, że uczniowie niechodzący na religię mają prawo do zajęć z etyki. To fikcja. Na 32 tysiące szkół w Polsce etyki uczy się tylko w 354. – Etyka jako dziedzina niezależna od religii ma potężnych wrogów politycznych, przede wszystkim Kościół i jego politycznych sprzymierzeńców – tłumaczy kłopoty z wprowadzeniem tego przedmiotu Andrzej Dominiczak, szef Towarzystwa Humanistycznego. Jego zdaniem opory z wprowadzeniem etyki wynikają z charakterystycznego dla Polaków braku potrzeby krytycznej refleksji etycznej. Względy historyczne sprawiły, że niemal wszystko, co uważa się za ważne, wydaje się oczywiste. – Przyczyną braku zainteresowania, a nawet wrogości do rozważań etycznych jest niski poziom indywidualizacji. Polska tożsamość ma charakter kolektywny, narodowo-katolicki. W takich społecznościach wolność jednostki, w tym przede wszystkim swoboda w zakresie decydowania o tym, co dobre, a co złe, postrzegana jest jako zagrożenie – uważa Dominiczak.
Ale problemy z etyką mają też bardziej prozaiczny charakter. Żeby szkoła organizowała takie zajęcia, musi się znaleźć minimum siedmiu uczniów. Wobec presji rówieśników, szkoły i parafii często nie udaje się zebrać takiej grupy. Dzieci i młodzież zainteresowani etyką lądują na korytarzu lub w szatni albo – wbrew wszelkim zasadom – na lekcji religii. Szkoły często nie przestrzegają zarządzenia, by religia odbywała się na pierwszej lub ostatniej lekcji. – To niewykonalne z przyczyn technicznych. Trudno tak ułożyć plan lekcji – przyznaje wizytator Katarzyna Kowalczyk.
Są jednak rodzice, którzy postanowili egzekwować prawo do etyki i skarżą państwo polskie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. Wnoszący sprawę państwo Grzelakowie oczekują właśnie na wyrok. A Ministerstwo Edukacji szykuje się na jego odparcie, przygotowując nowe przepisy dotyczące etyki, które mają zacząć obowiązywać od przyszłego roku szkolnego.
– Chcemy wprowadzić obowiązek wyboru między religią a etyką*. To oznacza, że szkoły będą mieć obowiązek organizowania lekcji etyki. Jeśli chętnych będzie niewielu, będziemy łączyć uczniów różnych klas. Nowa podstawa programowa przewiduje nauczanie etyki w blokach zmieniających się co rok, tak by w ciągu trzech lat nauki w liceum czy gimnazjum każdy uczeń miał szansę zaliczyć wszystkie etapy – tłumaczy wiceminister Marciniak.
Nie dodaje jednak, że jedyny obowiązujący obecnie i zatwierdzony przez MEN podręcznik do etyki wyszedł spod pióra… katolickiego księdza.
Czym tak naprawdę powinna być etyka w polskich szkołach? – Myślę, że nauczanie etyki mogłoby wyglądać podobnie jak w Wielkiej Brytanii (patrz niźej), z tym że powinno uwzględniać lokalną specyfikę kulturową i historyczną. Wiedza na temat klasycznych oraz współczesnych stanowisk i sporów moralnych powinna być podawana przy okazji rozważań na temat aktualnych, gorących problemów. Na przykład kwestia osobistej odpowiedzialności czy winy powinna być rozważana w kontekście „lustracyjnym”, a „święte prawo własności prywatnej” w związku z działalnością rządowo-kościelnej komisji majątkowej. Podczas głośnych ostatnio sporów na temat pedofilii należałoby omówić problem winy za czyny popełniane przez ludzi z wrodzonymi, nieakceptowanymi społecznie skłonnościami, na które jednak obwiniony nie ma wpływu – podaje przykłady Andrzej Dominiczak. Podkreśla, że takie zajęcia powinny uczyć nieskrępowanego myślenia, prezentować różne punkty widzenia, w tym także moralność chrześcijańską. Potrzeba do tego przygotowanych nauczycieli, najlepiej filozofów lub osób kończących specjalne studia podyplomowe, oraz podręczników, które w różnorodny sposób pokażą uczniom problem tam, gdzie często bezrefleksyjnie widzimy dobro lub zło, odsłonią rzadko dostrzegane aspekty ludzkich wyborów, pomogą unikać pochopnych osądów.
Na takie zajęcia zapewne większość z nas, także katolików, chętnie wysłałaby swoje dzieci. Czy jednak „liberalnemu” rządowi wystarczy determinacji, by w imię lepszego wykształcenia młodych Polaków naruszyć szkolne status quo i narazić się biskupom?

* Badanie na zlecenie dziennika „Polska” wykonane we wrześniu 2008 r.; nieco wcześniejsze badanie CBOS pokazuje z kolei 60 proc. poparcia dla religii w szkole

Źródło: Aleksandra Pawlicka, Paweł Moskalewicz, „Przekrój” nr 40/2008

Jak za granicą uczy się dzieci samodzielnego myślenia?
W Anglii etyka jest nauczana jako osobny przedmiot lub uwzględniana w programach nauczania edukacji społecznej i obywatelskiej oraz w zakresie praw człowieka. Przeważa model liberalny, w którym kładzie się nacisk na wrażliwość moralną (emocjonalną i intelektualną) i poprawność uzasadnień wyborów etycznych. Cele te osiąga się przez angażowanie młodzieży w dyskusje, ale również zachęcanie do samodzielnego myślenia na temat „żywych” kwestii etycznych, związanych zwykle z bieżącymi wydarzeniami lub głównymi problemami, jakimi w danym czasie żyje kraj. Nauczyciele zachęcają uczniów do kwestionowania oczywistości powszechnie przyjętych lub lansowanych przez media norm moralnych – nie po to jednak, żeby je odrzucić, lecz po to, żeby się nad nimi zastanowić, a odrzucić wtedy tylko, gdy po analizie okażą się przesądem lub uprzedzeniem, jak np. rzekoma pozytywna wartość dziewictwa lub nierozerwalności małżeństwa, gdy panuje w nim przemoc. Podręczniki prezentują i uzasadniają współczesny europejski system wartości, w wielu punktach wspólny dla większości współczesnych postaw moralnych. W kwestiach spornych (jak eutanazja, adopcja dzieci przez pary homoseksualne) prezentuje się i omawia najważniejsze stanowiska: głównie anglikańskie i humanistyczne.
W Holandii organizuje się lekcje etyki alternatywnej wobec katolickiej, nauczyciele prezentują racje humanistów i różnych Kościołów, chrześcijańskich i niechrześcijańskich, w zależności od tego, ilu uczniów z innych kultur i religii do danej szkoły uczęszcza.

  1. 05/10/2008 o 19:51

    W podobnym tonie utrzymany jest także artykuł:

    http://andhy.com/2007/07/29/wyznawcy-nadciagaja/

  1. No trackbacks yet.
Możliwość komentowania jest wyłączona.
%d blogerów lubi to: