Strona główna > Psychoedukacja > To głupota, ale takie jest prawo

To głupota, ale takie jest prawo

15/09/2008

Zamiast być pod opieką swoich wychowawców, setki dzieci ze szkół specjalnych całe weekendy spędzają w domach dziecka lub domach pomocy społecznej. Są tam bite i wyśmiewane.

– Ciociu, o której po nas przyjdziesz? O której po nas przyjdziesz? O której po nas przyjdziesz? – Adam i Sylwek chcą usłyszeć od „cioci” że rano, że jak najwcześniej.

Adam i Sylwek mają po 11 lat. Obaj są sierotami i są upośledzeni umysłowo, więc mieszkają i uczą się w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 3 w Łodzi. Kochają panią dyrektor i swoją wychowawczynię. Nienawidzą za to piątków, gdy muszą się pakować. Bo w piątek po obiedzie do zamykanej właśnie szkoły przyjeżdża pracownik domu dziecka. I zabiera chłopców na weekend do sierocińca.

Więc pakowanie, łzy. Dom dziecka samochodu nie ma, więc dzieci z przesiadkami – tramwaj, autobus – tłuką się przez miasto z wychowawcą. W poniedziałek rano znów się pakują i tramwajem, a potem autobusem wracają do szkoły i swoich kolegów.

Ale piątek, sobota, niedziela to inny pokój, inne – zdrowe – dzieci, inne panie. Piątek, sobota, niedziela to dla Adasia i Sylwka potworny stres.

– Znają nas od lat, ale i tak nie mogą się doczekać, kiedy wrócą do siebie – mówi Anna Dalecka, dyrektorka Domu Dziecka nr 7 w Łodzi. – To głupota, że muszą tu trafiać, ale takie jest prawo.

To prawo kazało nastoletniej upośledzonej Paulince trafiać na każdy weekend do domu dziecka przy ul. Małachowskiego. A zdrowe dzieci z domu dziecka potrafią być okrutne wobec odmieńca. Bicie, wyśmiewanie to był klasyczny weekend dziewczynki.

Takich dzieci jak Adaś, Sylwek i Paulinka tylko w tej szkole jest siedmioro. W Łódzkiem – blisko setka. W całej Polsce – tysiąc? Może dwa? Nikt nie liczył.

– One są otwarte, łakną uczucia. I zderzają się z okrutną rzeczywistością – obcymi dziećmi i kadrą nieprzygotowaną do zajmowania się nimi. Więc jest płacz, jest przejmowanie złych wzorców, jest dezorientacja: gdzie jest właściwie mój dom? – mówi Ewa Gasińska, wicedyrektor SOSW nr 3.

Decyzją ministra edukacji Mirosława Sawickiego sprzed trzech lat szkoły specjalne z dnia na dzień przestały działać w soboty i niedziele. Skazało to setki chorych dzieci w całej Polsce na tułanie się w weekendy po domach dziecka i domach pomocy społecznej. O co chodzi w rozporządzeniu podpisanym przez Sawickiego za rządów SLD? Chodzi o to, że skoro normalna szkoła pracuje od poniedziałku do piątku, to ta z chorymi dziećmi też tak ma działać. Choć wcześniej przez kilkadziesiąt lat była otwarta cały tydzień.

– Tu w szkole mają wykwalifikowaną kadrę, swoje łóżka, swoje pokoje. Są w swoim otoczeniu. Komu to przeszkadzało? Przecież czy dziecko spędzi weekend u nas w internacie, czy w domu dziecka, to te same budżetowe pieniądze! – wścieka się Gasińska. – Pokoje są, kucharka jest, tylko pieniądze z innej szuflady na te dzieci trzeba by wyciągnąć.

I Gasińska, i Dalecka pisały pisma. Do MEN, do łódzkiego wydziału edukacji. „Zróbcie dom opieki dla dzieci upośledzonych”. „Otwórzcie dom dziecka dla dzieci chorych, to jedyne wyjście”. Bez skutku.

– Intencja prawodawcy była inna – tłumaczy Barbara Milewska, p.o. rzecznika prasowego MEN. – Chodziło o to, by chore dzieci w weekendy spędzały czas z rodziną.

– Ale tu chodzi o sieroty.

– Te w weekendy trafiają do domów dziecka. Czy to złe? Nie wiem, należałoby się przyjrzeć tym przepisom. Ale może bardziej niż urzędnicy powinni to zrobić jacyś specjaliści? – zastanawia się Milewska. – Nie potrafię teraz odpowiedzieć, jak to rozwiązać.

– To brzmi okropnie, ale prawo zrobiło z nich weekendowego głupiego Jasia – mówi z goryczą sędzia Katarzyna Wołoszyn-Zganiacz z Sądu Rodzinnego dla Łodzi-Śródmieścia. – I tak krąży ta zestresowana, chora dziecina tydzień w tydzień między fikcyjnymi domami. Koszmar.

źródło: wiadomosci.gazeta.pl

%d blogerów lubi to: