Strona główna > Ciekawostki, Czytanki polityczne > Kajetan Tao Szatański

Kajetan Tao Szatański

26/04/2008

W czasie stanu wojennego internowani, obecnie zaangażowani społecznie politycy wszelkich frakcji, bazują na swojej ‚martyrologii’ budując polityczny image ‚cierpiących za sprawę męczenników narodu’. Niezmiernie rzadko zdarza się aby ktoś mówiąc o okresie internowania demitologizował owe pełne patriotycznej mielonki wspomnienia. Wczoraj przypomniał o sobie Kajetan Tao Szatański, który w czasach pierwszej „S” był dziennikarzem opozycyjnych pism: „Biuletyn Solidarności” i „Prawda”.

Posadzono mnie z idiotami i fanatykami, z którymi przebywanie było dla mnie największą uciążliwością – mówił w piątek (25.04.2008) w sądzie […].

– Skoro przewidziano 25 tys. zł, to niech będzie, choć dla mnie, człowieka, który nie wierzy w życie pozagrobowe, skradziony rok jest bezcenny. Ale jeśli sąd każe mi spadać na drzewo, to trudno – powiedział i za to ostatnie zdanie omal nie dostał od sądu kary.

Dostał za to 23 tys. zł. – Na tę sumę składa się okres internowania: niecałe 12 miesięcy, ale również to, że wnioskodawca został pobity i nie pozwolono mu uczestniczyć w pogrzebie matki. Sąd zwraca również uwagę na filozofię życia. Osoba o takich wolnościowych poglądach umiera wśród określonych osób, więc warunki internowania musiały być dla niej szczególnie uciążliwe – argumentowała sędzia Agata Menes.

Barwny opis środowiska ‚prawdziwych polskich patriotów’ zaskakuje. Oficjalne wersje wydarzeń nie wspominają bowiem o idiotach i fanatykach. Nie wspominają także stosowaniu przez internowanych fizycznej przemocy wobec tych, którzy nie należeli do żadnej koterii, żadnego spisku, a jedynie pisywali felietony, lub chcieli ze spokojem zjeść śniadanie w Wielki Piątek. Pogrzebałem więc głębiej i znalazłem wywiad z Teo Szatańskim z 2006 roku, pt. Hipis w polskim podziemiu opublikowany w opolskim wydaniu gazety. Tekst w całości poniżej:

Między mną a kolegami z dawnej opozycji jest taka różnica, że kiedy kamień mi przeszkadza na drodze, to go podnoszę. Oni natomiast deliberują, z kim go podnieść i kto ma do tego moralne prawo.

Dorota Wodecka-Lasota: Jest Pan bogaty?

Kajetan Tao Szatański*: Średnia europejska.

Hippis z kasą i w markowych ciuchach?

Nie tylko ja. Znam z tamtych czasów innych hippisów, np. prof. Terleckiego, który kandydował na prezydenta Krakowa, i Kuchcińskiego, szefa klubu parlamentarnego PiS.

A ciuchów mam mnóstwo – wszystkie markowe. Dostałem obłędu na tym punkcie, kiedy mój syn zachorował na raka. Zadzwoniła żona, wsiadłem w samolot i w długich włosach, w poszarpanym podkoszulku przyleciałem ze Stanów do Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie go operowali.

Lekarze nie chcieli ze mną rozmawiać, bali się, że pchła ze mnie przeskoczy. Nawet kiedy stałem obok żony, zwracali się tylko do niej, mnie ignorowali. Dobiło mnie to. Wydałem kilka tysięcy dolarów na ciuchy, chociaż po swoim podwórku i w Stanach chodzę w traperach i w bluzie. W Opolu ubieram się elegancko, żona mi każe [śmiech – red.]. Jest nauczycielką.

Jest coś, na co nie może Pan sobie pozwolić?

Nie szastam pieniędzmi. Ceny tego, co kupujemy, odnoszę do polskiej średniej krajowej, ściślej mówiąc – do zarobków żony. Ale oczywiście dla moich dawnych kolegów to nie do pomyślenia, że ten długowłosy hippis, który wpadał do Zarządu Regionu „S” z butelką mleka i suchą bułką, ma teraz dom w Suchym Borze. Wniosek? Że albo jestem ubek, albo agent CIA. Albo że ze mnie kawał cwaniaka, co się dorobił na Solidarności i teraz ma układy. A ja ciężko pracowałem na to, co teraz mam.

Za komuny jeździł Pan po świecie. Nie każdy mógł. Werbowano Pana?

Po moim powrocie ze Stanów w 1985 roku. A wróciłem, bo moja dziewczyna zgodziła się wyjść za mnie za mąż. Z zarobionymi 10 tysiącami dolarów dojechałem do Niemiec, tam dostałem wizę do Polski. Wtedy mnie namierzyli. Spotkałem się z nimi w restauracji Hotelu Opole dwukrotnie. Kaperowali mnie do wywiadu. Pewnie mają na to kwity, ale ich nie wyciągną, bo ja jestem nikim.

Do żadnych struktur nigdy nie należałem, ani do partii, ani do Solidarności, ani do żadnej organizacji. I nigdzie nie zamierzam się zapisywać. Jestem poza systemem.

Widział Pan swoją teczkę w IPN?

Przez chwilę. Bo tam trzeba było przejrzeć mikrofilmy, maszyna się popieprzyła, nie chciało mi się tego przewijać. Po 10 minutach dałem spokój. Przeczytałem to, co było w papierach, pośmiałem się i tyle.

To po co Pan w ogóle o nią wystąpił?

Z ciekawości, co tam jest, ale nawet nie wziąłem tych dokumentów do domu. Po co mi to?

Zresztą wkurzyło mnie, że zaczęto ludziom doprawiać gęby i rozgorzała walka na teczki. I okazało się, że czyści są ci, co nic nie robili.

Czytając teczkę, rzeczywiście mógł się Pan pośmiać, bo jest Pan uważany za jedną z najbarwniejszych postaci opolskiej opozycji.

Tyle że ja nigdy w tej opozycji nie byłem! Ja miałem w dupie bolszewików, ruchy niepodległościowe, bicie piany na masówkach Solidarności. Byłem poza tym wszystkim.

To dlaczego Pan się w ogóle zaangażował?

Nie interesowało mnie, co się w Polsce dzieje, bo pisałem książkę. Po osiem godzin dziennie.

Pewnego dnia włączyłem telewizor i słyszę, że w Polsce strajki. Zdekoncentrowało mnie to, nie mogłem już pisać. Denerwowałem się; niech to szlag trafi, nie mieli kiedy robić rewolucji, tylko wtedy, gdy ja piszę książkę?! [śmiech – red.]. Poszedłem do siedziby „S” na Reymonta. Powiedzieli: „Ty, hippis, napisz coś” i wysłali w teren, bym zlustrował magazyny żywnościowe. I wtedy dotknąłem rzeczywistości, bo one rzeczywiście były puste.

Okazało się, że ja nie znałem dotąd tego kraju. Bo mnie nie dotyczyły puste półki itd. Nie byłem w systemie. Jeździłem do Grotowskiego na warsztaty, waletowałem u Bikonta i Bartkowiaka, bo próbowałem zdawać na reżyserię, startowałem na filozofię na UJ i na KUL, gdzie mnie nie przyjęli, bo przyznałem się, że jestem niewierzący. Pisałem książkę, sztuki teatralne i to były moje sprawy.

To z czego Pan żył?

Znajomy hippis nauczył mnie zarabiać kasę. Przez tydzień przewoziłem pociągami bydło. Spałem na słomie w wagonach towarowych, pilnowałem i doglądałem zwierząt. To, co zarabiałem w tydzień, mój stary zarabiał w miesiąc w urzędzie.

A potem po tym tekście o pustych magazynach zatrudnili mnie na pół etatu w Zarządzie Regionu „S”, w redakcji.

Podpisywał Pan teksty pseudonimem Kajetan Tao Szatański. Skąd ten Kajetan, bo Tao jest dość czytelnym wyborem w Pana przypadku.

W podstawówce byłem dzieckiem brzydkim, nieproporcjonalnym, ciągle odtrącanym. Koledzy na podwórku chcieli grać ze mną w piłkę dopiero wtedy, gdy kogoś do gry brakowało. Byłem z tych, do których wołają: „kajtek, idź po piwo”. Miało to swoje dobre strony, bo, nieakceptowany, wziąłem się za naukę. W czwartej klasie zacząłem czytać Schopenhauera, „Politykę”, „Szpilki” i „Odrę”. W szóstej to się już za mną dziewczyny oglądały, przestałem być brzydkim kaczątkiem. A po podstawówce to już było całkiem nieźle [śmiech – red.].

A pisałem pod pseudonimem, żeby starym wstydu i nieprzyjemności nie robić. Oni czytali moje teksty i nie wiedzieli, że to ja je piszę.

Dlaczego po tylu latach nie chce Pan, by podać Pana prawdziwe nazwisko?

Tym razem ze względu na teściów i żonę [śmiech – red.], którą nazywam: „moherowa pilotka”.

Pana opowieści z internatów odbiegają od kombatanckich czy wręcz martyrologicznych relacji. 13 grudnia po mszy w katedrze na 25. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego wspominał Pan: „W Grodkowie było super. Paliłem marihuanę i słuchałem Karłowicza”.

Bo tam nie radzili sobie ze mną klawisze [śmiech – red.].

Nie internowali mnie pierwszego dnia. W poniedziałek 14 grudnia poszedłem do siedziby zarządu regionu, zabrałem maszynę do pisania i gazetki. Podpisałem lojalkę, że będę przestrzegał konstytucji. Wezwali mnie na milicję, poszedłem, a oni mnie wtedy internowali!

Zwiedziłem siedem internatów: w tym Kamienną Górę, czyli dawny obóz Gross-Rosen. Przez sześć tygodni byłem w zakładzie dla psychicznie chorych w Branicach, gdzie skierowali mnie na obserwację. Zrobiłem multum numerów, za co dostałem od „Majora” [Waldemara Fydrycha, twórcy Pomarańczowej Alternatywy – red.] nominację na porucznika, choć w owych czasach nie mógł mi jej przekazać na piśmie.

I rzeczywiście paliłem marihuanę. W Grodkowie siedziałem z Jarkiem Światkiem, jednym z liderów PA, który w „Sportach” dostawał zielsko. Podzielił się.

Twierdzi Pan, że w internacie pobił Pana późniejszy poseł AWS Franciszek Szelwicki, bo w Wielki Piątek jadł Pan śniadanie.

To wariat był! Zażądałem ochrony.

I osobnej łazienki.

Tak, ale to w Opolu. Powiedziałem, że jestem szlachcicem, ułanem jazłowieckim, że wróciłem spod Kowna i nie będę korzystał z publicznej toalety. Kiedy kazali nam stawać na baczność, ja stawałem na głowie i mówiłem, że coś jest nie tak, bo klawisze chodzą do góry nogami. W Opolu na spacerniaku ulepiłem bałwana z penisem, że ho! Happeningi były moim sposobem na życie w więzieniu.

Więc wysłali Pana do szpitala psychiatrycznego?

Nie z tego powodu. Klawisz oskarżył mnie, że mu grożę. Badali moją poczytalność.

Trauma?

Radziłem sobie. Kiedy w długich włosach i z długą brodą wszedłem na koedukacyjny oddział „J”, myśleli, że jestem Bogiem. Spowiadałem ich, dawałem rozgrzeszenia. Jedna z kobiet tak dalece w to wierzyła, że chciała mieć ze mną dziecko.

Pan tych ludzi wykorzystywał dla własnych przeżyć. To egoizm.

To nie jest egoizm, bo nie doszło do takiej sytuacji, że oni coś mi dali od siebie, po czym ja nasyciłem się i odstawiłem ich out. Nigdy nic mi nie dali. Ani oni, ani nikt. O nie, Krzysiek Stachowski dał mi buty i kurtkę. Ale zapracowałem na to. Krzysiek miał pole, na którym robiłem za konia, ciągnąłem bronę.

Ale rzucił Pan Stachowskiego i opozycję i wyjechał z kraju w lipcu 1980 roku.

Znudziło mnie to. Byłem w Danii, jeździłem po Europie. W Monachium kupiłem „Trybunę”, przeczytałam, że w Polsce strajk generalny. Wróciłem.

Czyli jednak nie miał Pan „w dupie”. To dlaczego wyjechał Pan po wyjściu z internatu?

Byłem zmęczony szarzyzną. Wszystko siadło psychicznie, ludzie przestali się uśmiechać. Z paszportem w jedną stronę, o który sam się postarałem, wyjechałem do Nowego Jorku. Pracowałem w World Trade Center jako bagażowy, de facto facet od wszystkiego.

I pracuje Pan tam nadal jako taksówkarz. Zarabia w trzy miesiące i wraca na kolejne trzy do Suchego Boru. Gdzie jest Pana miejsce?

W Suchym Borze. Jestem kwintesencją polskiej mentalności.

To znaczy?

Nieodpowiedzialny facet z surrealistyczną wyobraźnią. Ale z dystansem do Polski, Narodu, Ojczyzny. Uwielbiam w sobie słowiańską duszę, źle bym się czuł w świecie pragmatycznym.

Patriotyzm jest dla Pana…

…niczym. A mesjanizm to przekleństwo tego narodu. I jego ciągła roszczeniowość. Kiedy jestem w Polsce, czuję się przytłoczony. W NY mam dystans, inne spojrzenie. Nie wpadam w kontekst. I mogę pisać na forum internetowym „Gazety”, co myślę o Opolu, o Polsce.

Ci, co wyjechali stąd, widzą szerzej. Między mną a kolegami z dawnej opozycji taka jest różnica, że kiedy kamień jest mi przeszkodą na drodze, to go podnoszę. Oni natomiast deliberują, z kim go podnieść i kto ma do tego moralne prawo. A mnie to gówno obchodzi. Jest problem, to trzeba go rozwiązać.

Co Pan planuje?

Wydam książkę, którą pisałem przed laty, LIVING TAO. Na koniec przyszłego roku planuję jej promocję [śmiech – red.].

Czy Pan czuje się dojrzałym facetem?

Na pewno jestem odpowiedzialny. Utrzymuję rodzinę, dom, płacę podatki. Do tego przepełnia mnie zadowolenie z życia, choć w tym kraju to niepopularne. Ale czuję się Piotrusiem Panem, szczęśliwym 52-letnim człowiekiem, który nigdy nie wszedł w system. Jestem wolny.

Rozmawiała Dorota Wodecka-Lasota

  1. morsik
    28/04/2008 o 10:01

    TAO!!! Jesteś wielki!!! Siedziałem z Tobą w Głogowie więc nieco zahczyłem o Twoją filozofię. To, co zrobiłeś w sądzie to był majstersztyk inteligencji! Gratuluję i cieszę się, że sytuacja pozwoliła mi na odgrzebanie Twojej postaci z pamięci.
    Pozdrawiam bardzo serdecznie
    Michał

  2. 30/04/2008 o 11:59

    Jeśli Tao kiedyś tu trafi mam nadzieję, że wspomni starych znajomych :)

  3. Spodek
    27/03/2009 o 13:20

    Przypominam sobie Tao z internatu w Głogowie. Naśmiewano się z niego, bo sprawiał wrażenie nawiedzonego. Pozował na artystę z „piękną duszą”. Miałem go za kabotyna i widzę, że się nie pomyliłem.

  1. No trackbacks yet.
Możliwość komentowania jest wyłączona.
%d blogerów lubi to: