Bóg to Ja

28/10/2007

Jest jedenasta rano, niedziela w Los Angeles. To pora mszy. W Culver City – dzielnicy, w której mieszczą się studia filmowe – samochody z napędem na cztery koła i przyciemnionymi szybami walczą o miejsce na parkingu. Nabożeństwo we „wspólnocie religijnej” Agape jest jednym z najbardziej cenionych w świecie show-businessu i mody.

Czy to nabożeństwo, religia, Kościół? W Europie byłyby co do tego wątpliwości. Tu uznaje się, że Agape to rozwijająca się religia, religia osobliwa i charakterystyczna dla współczesnej duchowości amerykańskiej. Osoby w koszulkach ze znakiem Agape kierują tysiące wiernych do wielkiej przemysłowej hali, urządzonej jak studio telewizyjne, i wskazują miejsca. Wita nas setka chórzystów, śpiewają pieśni, coś pomiędzy musicalem a Ave Maria. Nastrój jest radosny, publiczność raczej młoda, tak samo zróżnicowana jak kalifornijskie narodowości. Chór dostaje oklaski.

Na ambonę-scenę wchodzi pastor. Publiczność wstaje i głośno klaszcze. Michael Beckwith, założyciel Agape, dba o swój wygląd: szary, nienaganny garnitur, biała koszula i niebieski krawat z rozmysłem kontrastują z dredami. Publiczność tego czarnego pastora to głównie Biali i Azjaci. Taka mieszanina, znak nadchodzących czasów, to rzecz dość nowa w amerykańskim kościele. Jesteśmy proszeni o powstanie z miejsc i wspólnie odmawiamy modlitwę początkową: „Z radością wielbię moją boskość. Świątynia mego ciała to instrument szczęścia”. Amen, kończy Beckwith.

Czy jest to nabożeństwo chrześcijańskie? Nie widzę żadnego krzyża. Choć prawdą jest, że krucyfiks zniknął z większości kościołów chrześcijańskich w Stanach Zjednoczonych. Dla wiernych poszukujących raczej natychmiastowego szczęścia niż odkupienia grzechów był zbyt tragicznym znakiem.

Pastorzy Agape z innych stanów USA i z Nowej Zelandii witają się z publicznością, dostają brawa. Nowozelandka zapewnia nas, że wszyscy jesteśmy „specjalni”, „wyjątkowi”. Wplata w swoje kazanie parę cytatów z Ewangelii, w przybliżonej wersji. Jak w większości amerykańskich kościołów, wymachu.je się tu Biblią jak przedmiotem, odnosi się do niej jak do jakiegoś fetysza. Buddyjski mnich uśmiecha się do nas i nie mówi nic; wszyscy biją mu brawo. Rabin nie mógł być obecny, ale i tak dostaje oklaski. Nowo nawróceni i ciekawscy są proszeni o powstanie z miejsc; dostajemy brawa, zostaje dla nas odmówiona modlitwa: „Jesteście wyjątkowi, jesteście obrazem Boga”. W takiej chwili chciałoby się w to wierzyć. Chór śpiewa, sala rozgrzewa się, intonuje refren: „Czuję, jak duch wzrasta we mnie”. Wskazujący miejsca rozdają papierowe chusteczki do otarcia łez, bo od łez spływa tusz.

Następuje lektura świętych tekstów, zapożyczonych, jak podkreśla Beckwith, ze wszystkich religii. Agape jest fuzją wszelkich znanych przekazów religijnych, tak jak jej wyznawcy są fuzją ludzości. „Tutaj, powiada Beckwith, twój sąsiad może być Murzynem, Białym, Żydem, gejem albo głuchym”. Patrzę na mojego sąsiada: jest czarny i nie wygląda na głuchego. Wymieniamy uściski. Następuje zbiórka datków, ale tu nie zostawia się dolara w koszyczku. Wskazujący miejsca rozdają formularze przelewów bankowych. Każda amerykańska świątynia to firma, a każdy pastor to przedsiębiorca, ogarnięty obsesją osiągania wzrostu gospodarczego. Pastor, który osiągnął sukces, ma nadzieję utworzyć megachurch, religijne imperium z filiami w całej Ameryce i, jeśli to tylko możliwe, sprzedać swój spektakl jakiejś sieci telewizyjnej.

Wszystko, co się dotychczas działo w świątyni Agape, było zaledwie przygrywką w oczekiwaniu na kazanie Beckwitha. Cóż to za artysta, czy raczej: cóż za natchnienie! Kazanie jest tłumaczone symultanicznie na język migowy, jego rytm szybko staje się ważniejszy od treści. Na początku mowa jest o „opanowaniu naszych pożądań, by lepiej je zaspokoić z bożą pomocą”, potem o „współtworzeniu świata wraz z Bogiem”, potem jeszcze o „uczestniczeniu w bożej dynamice, aby ulepszyć życie osobiste i zawodowe”. A potem nic już nie można zrozumieć. Chwytam pojedyncze słowa: często pojawia się określenie „kosmiczny”. Sala jest zahipnotyzowana, ktoś płacze, ktoś drży, ktoś popada w ekstazę, ktoś wyciąga chusteczki. Beckwith bawi się swoim głosem, mówi z szybkością rapera, głos czasem przestaje być słyszalny, czasem brzmi donośnie. Kazanie trwa długo, godzinę, a nawet więcej; boży atleta nie zna zmęczenia, wierni są wyczerpani i pogrążeni w błogostanie. Wrócą w następną niedzielę. Do tego czasu niektórzy skorzystają z indywidualnych modlitw na żądanie. Ich katalog znajduje się w Internecie.

Kto nie jest adeptem Agape, może tylko opisać jego praktyki, nie rozumiejąc głębiej, jakie są przyczyny entuzjazmu wiernych: czy jest to zbiorowa terapia, wielbienie własnej boskości, zachęta do odniesienia sukcesu osobistego i zawodowego, poczucie przynależności do kosmicznej wspólnoty? Lecz Agape nie jest religią niezwykłą. Większość amerykańskich kultów religijnych, występujących pod różnymi nazwami – chrześcijańskimi, żydowskimi, buddyjskimi, sufickimi – ma podobnych charyzmatycznych pastorów i podobne liturgie. Agape wyróżnia się tylko uwielbieniem własnego Ja i teatralnym charakterem nabożeństwa.

Czy religie to tylko kluby?

Niedziela, godzina jedenasta, pora mszy w Stanach Zjednoczonych. W tym kraju są reprezentowane wszystkie religie świata. Wiele z nich występuje tylko tutaj. W każdym mieście, dużym czy małym, znajdują się miejsca kultu, należące do różnych religii. Cytowaliśmy już Talleyranda, piszącego w 1794 roku do paryskiej znajomej: „Kraj ten liczy trzydzieści religii i tylko jedno danie”. Nasz biskup nudził się w Stanach Zjednoczonych jak mops i zapewne wolałby żeby było odwrotnie! Dzisiaj religie nadal są wszechobecne, wszystkie – już znane i mające dopiero powstać – religie konkurują ze sobą z entuzjazmem liczącym tyle samo lat, co Stany Zjednoczone. Lecz pobożne początki narodu amerykańskiego nie wyjaśniają nam dlaczego – w przeciwieństwie do Europejczyków – Amerykanie się nie zmienili.

Idąc za rozumowaniem Tocqueville’a, rozdział państwa od religii uratował kościoły. Używając słynnego określenia Jeffersona, religie oddziela od państwa „mur” szczelniejszy niż francuska laickość. W Stanach Zjednoczonych byłoby nie do pomyślenia, żeby miejsca kultu finansowały, jak to się często dzieje w Europie, instytucje państwowe. Państwo nie mogłoby też zabronić używania „ostentacyjnych” znaków religijnych, stanowiłoby to bowiem pogwałcenie rozdziału religii od polityki i zamach na prawa człowieka. Gwarancje konstytucyjne zostałyby więc naruszone dwukrotnie.

Nowe decyzje prawne nieustannie wzmacniają ten „mur”. Widzieliśmy, jak w 2003 roku sędzia federalny doprowadził do usunięcia z pałacu sprawiedliwości w Montgomery pomnika dziesięciu przykazań. Szopki bożonarodzeniowe mogą być umieszczane w przestrzeni publicznej tylko dlatego, że Boże Narodzenie uważane jest za imprezę tyleż religijną, co świecką i handlową. Mimo to co roku znajdują się obrońcy laickości, którzy w imię Konstytucji domagają się na drodze sądowej likwidacji szopek.

Rozdział religii od państwa miał więc pozwolić Amerykanom, by w przeciwieństwie do Europejczyków stali się demokratami bez obalania ołtarzy. Ale to historyczne wyjaśnienie każe nam sądzić, że współczesne Kościoły są spadkobiercami założycieli purytan, co rzadko jest prawdą. Większość Kościołów raczej narodziła się z Republiki, niż ją poprzedziła. Entuzjazm wiernych, tak oczywisty we wszystkich kongregacjach, daleki jest od surowości początków i raczej czerpie z demokratycznej atmosfery, niż ją poprzedza. Dzisiejsze Kościoły nie są takie jak za czasów Tocqueville’a. Ponadto wierni zmieniali wyznania, pojawiły się nowe religie, a stare zmieniły liturgię.

Socjologów – którzy, tak jak w Europie, są w Stanach Zjednoczonych racjonalistami – wiele kosztowało stwierdzenie, że sześćdziesiąt siedem procent Amerykanów należy do wspólnot religijnych. Jest też trzysta tysięcy pogan, ale oni również tworzą wspólnotę i uczestniczą w świętach (Pagan Pride). Religie te, mówi Daniel Bell, główny twórca takiej interpretacji, w rzeczywistości są tylko pozorem. Każdy kościół, każda świątynia czy synagoga jest klubem społecznym. Bardziej niż potrzeba duchowa to demokratyczny konformizm wymusza przynależność do takiego klubu. Z tego samego powodu wszyscy startujący w wyborach deklarują się jako osoby wierzące. Każdy prezydent Stanów Zjednoczonych, liberał czy konserwatysta, zawsze był wyznawcą jakiejś religii. Za dowód na to, że wiara ma raczej charakter społeczny niż religijny, Daniel Bell uznaje łatwość, z jaką wierni zmieniają przynależność do Kościoła, kiedy przenoszą się do innej dzielnicy, zmieniają współmałżonka czy klasę społeczną. Co trzeci Amerykanin zmienia wspólnotę religijną przynajmniej raz w życiu. Zdarza im się również łączenie kultów. Spomiędzy paru modnych hybryd wybierzemy Jewboos, żydów i buddystów, do których należał Allen Ginsberg, poeta-bitnik. Albo jeszcze lepiej: dziennikarz David Brooks, kronikarz „New York Timesa”, autor terminu „mieszczańscy cyganie” na określenie postmodernistycznych, liberalnych elit ze Wschodniego Wybrzeża, twierdzi, że spotkał córkę metodystycznego pastora, mówiącą o sobie, że jest „metodystyczno-taoistyczno-indiańsko-kwakiersko-prawosławno-buddyjską żydówką”!
Lecz ironia socjologów nie wyjaśnia, dlaczego te wszystkie kościoły, świątynie czy synagogi, skoro nimi przecież nie są, odwołują się do Boga. To raczej socjologowie nie przyjmują do wiadomości, że wierni wierzą. Tymczasem jeśli dziewięćdziesiąt sześć procent Amerykanów deklaruje, że wierzy w Boga, a dziewięćdziesiąt procent w Raj, siedemdziesiąt pięć procent modli się codziennie, a jedna trzecia chrześcijan uważa, że osobiście spotkała Jezusa – czemu odrzucać, że mówią prawdę? W rzeczywistości wiedza o społecznej presji leżącej u podstaw tej wiary nie jest ważna. Lepiej przyznać, że nie istnieje żadna prosta zależność pomiędzy modernizacją Stanów Zjednoczonych a ateistycznym racjonalizmem, jaki ogarnął Europę. Nasze własne doświadczenie słabo przygotowało nas, Europejczyków, na to, że można być nowoczesnym i jednocześnie coraz silniej wierzyć. Bo pobożność w Stanach Zjednoczonych nie maleje, przeciwnie, wciąż jest większa; skoro więc nie potrafimy tego zrozumieć, zastanówmy się raczej, w co wierzą Amerykanie, kiedy Europejczycy wierzą już w tak niewiele.

Ponad podziałem, czyli jedna „religia amerykańska”

Temu, kto uczestniczył w wielu nabożeństwach rozmaitych wyznań i obejrzał liczne nabożeństwa w telewizji, narzuca się pewien wniosek: wszystkie te wyznania, teoretycznie odrębne, są podobne. Ich podobieństwo wydaje mi się bardziej znaczące niż klasyczne rozróżnienie pomiędzy dwoma nurtami amerykańskiej religijności – pierwszym, umiarkowanym, i drugim, fundamentalistycznym. To prawda, że fundamentalistyczni baptyści są w stanie wojny z baptystami umiarkowanymi, a ultraortodoksyjni żydzi z żydami reformowanymi. Lecz konflikty te, o zasadniczym znaczeniu dla wyznawców każdej religii, są dużo mniej istotne dla postronnego obserwatora. Opozycja pomiędzy fundamentalistami i umiarkowanymi nie może przesłonić nam zbieżności. Wszystkie te religie zwrócone są ku omedze duchowości, ku owemu „Bóg we mnie”, tak charakterystycznemu dla kultu dostosowanego do jednostki i skutecznego. Za krytykiem Haroldem Bloomem nazwiemy to „nową religią amerykańską”. Stwierdzamy również, że im bardziej rozmaite wyznania zbliżają się do amerykańskiego ideału, tym więcej przyciągają wiernych. Kiedy zachowują dystans – jak to się dzieje w przypadku Kościoła rzymsko-katolickiego i episkopalnego – ich wspólnoty ulegają rozproszeniu.

Jak zdefiniować punkt omega religii amerykańskiej, punkt, w którym zbiegają się wszystkie kulty? Jeśli jego ośrodkiem jest Bóg, biblijny Bóg-Stworzyciel, bliższy bardziej Staremu niż Nowemu Testamentowi, to sytuuje się raczej nie ponad wiernymi, ale w nich samych. Pastorzy, księża, rabini, szamani religii amerykańskiej zachęcają, by odnaleźć Boga w sobie, by patrzeć raczej w siebie, nie ku górze. Większość Amerykanów chętnie twierdzi, że Bóg ich kocha, że do nich przemawia, i że oni też do niego mówią; natomiast europejscy chrześcijanie prowadzą dialog raczej z Jezusem. Trzy czwarte spośród amerykańskich wiernych sądzi, że przynajmniej raz w życiu doznali oświecenia, epifanii odmieniającej bieg ich życia, któremu od tej pory przewodzi Bóg. Bóg kochający, niezbyt wymagający w materii obyczajów, jeśli sądzić po liczbie rozwodów: co drugie małżeństwo, chociaż zawarte przed ołtarzem, kończy się rozstaniem. Pastor jest więc raczej mediatorem pomiędzy Bogiem i Jednostką niż głosicielem prawdziwego Słowa Bożego. Rzadko się zdarza, by pastor, ksiądz, rabin (chyba, że ortodoksyjny) wypowiadał sądy o sposobie prowadzenia się swoich owieczek. Moralność stała się sprawą osobistą, bez związku z Bogiem. Pastorzy gromadzą wiernych raczej ze względu na swoją charyzmę niż znajomość teologii. W nowej religii amerykańskiej świetnie prosperują samoucy, samozwańczy duchowni. Wszelkie innowacje, jakie wprowadzają, są mile widziane, byleby tylko zmniejszyły dystans pomiędzy Bogiem a Jednostką. Każda technika ułatwiająca tę komunikację jest dobra: śpiew, trans, hipnoza, chrześcijański pop. Występująca w kościołach grupa Passion Experience sprzedała w 2003 roku dwanaście milionów płyt. Ich refren brzmiał: „Kocham Cię, Boże”. Komentarz teologa: „Chrześcijański pop gratuluje Bogu, że jest Bogiem”.

Jakie są oczekiwania wobec tego Boga we mnie? Wyznawcy nowej religii amerykańskiej wolą konkretne rezultaty tu i teraz, nie chcą czekać aż do przejścia w zaświaty. Życie wieczne? Podczas nabożeństw nie mówi się wiele o śmierci, tak jakby każdy Amerykanin miał żyć wiecznie. Wierni nie chcą religii tragicznej. Śmierć Chrystusa poza kościołami katolickimi wspomina się rzadko; u protestantów Chrystus jest żywy, a krzyż pusty. Freski mormonów przedstawiają go z apostołami, umięśnionego i opalonego, w równie doskonałej formie jak kalifornijscy surferzy. U zielonoświątkowców krzyż zastąpiła gołębica przedstawiająca Ducha Świętego. Duch Święty, najbardziej immanentna osoba w Trójcy Świętej, ma tę przewagę nad Bogiem i Chrystusem, że bezpośrednio oddziałuje na życie wiernych. Jak napisał sześćdziesiąt lat temu teolog, Richard Niebuhr: „Amerykańskie chrześcijaństwo wielbi Boga, który się nie gniewa, z pomocą Chrystusa bez krzyża prowadzącego ludzi bez grzechu do Królestwa bez sądu”.

Kiedy w 2004 roku Mel Gibson nakręcił Pasję, zaszokował Amerykanów, nieprzyzwyczajonych do widoku cierpiącego Chrystusa, przedstawiając w filmie krwawe ukrzyżowanie. Wybuchł skandal. Faktycznie, codzienny Bóg nowej religii amerykańskiej to Bóg, który polepsza byt materialny, uczuciowy, fizyczny. Często jest to Bóg, który leczy. Zdrowie to stała obietnica amerykańskich kościołów. Niektóre z nich powstały wyłącznie po to, by leczyć ciało, jak Scjentystyczny Kościół Chrystusa, założony w 1875 roku przez Mary Baker Eddy albo Kościół adwentystów, założony przez Ellen White w 1863 roku. Ta ostatnia miała ucznia, który zdobył sławę: Johna Kelloga, wynalazcę płatków kukurydzianych. Amerykańskie śniadanie, które staje się teraz śniadaniem całego świata, jest ukrytym hołdem złożonym zdrowiu przez Chrystusa. W wielu kościołach baptystów – to główny odłam amerykańskiego protestantyzmu – wspólnie z Jezusem zwalcza się otyłość, tę chorobę narodową. „Jezu, spraw, bym stracił trzy kilo!” albo „Dziękuję ci, Jezu, że schudłem” – takie inwokacje często powtarzają się podczas mszy baptystów, a pastor spiesznie je podsumowuje cytatem ze świętego Pawła: „Ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego”. Europejczycy reagują na te praktyki sarkazmem, lecz Amerykanie są w zasadzie bardziej tolerancyjni. Przyznają nawet, że pastorzy mogą posiadać jakąś moc lub wiedzę; a przynajmniej uznaje się, że są w jakimś stopniu skuteczni.

Kościoły jako przedsiębiorstwa

Nowa religia amerykańska to kwitnący biznes, przynajmniej w USA. Czyżby Bóg był Amerykaninem? Wielu obywateli Stanów Zjednoczonych jest o tym przekonanych, ale tylko mormoni przyznają to otwarcie. Według ich świętej księgi, anioł Moroni miał objawić w 1827 roku Josephowi Smithowi, ich prorokowi, że między Zmartwychwstaniem a Wniebowzięciem Jezus zaniósł dobrą nowinę Indianom, do Ameryki. Tych czterdzieści dni, o których Ewangelie nie wspominają ani słowem, pobudza religijną wyobraźnię pastorów zza Atlantyku. Wierni pozostałych Kościołów nie podzielają zdania mormonów, tej jedynej całkowicie amerykańskiej religii, jednak uważają Stany Zjednoczone (chociaż w różnym stopniu) za swego rodzaju ziemię obiecaną, a nawet za tę właściwą Ziemię Obiecaną. Sami Żydzi są natomiast rozdarci pomiędzy gorącymi uczuciami do USA i wiernością Izraelowi. Izrael pozostaje na pierwszym miejscu, ale Stany Zjednoczone są czymś więcej niż tylko ziemią wygnania – bez wątpienia Żydzi mieszkają tam z woli Boga.

Zbieżnym praktykom amerykańskich religii odpowiada wspólny model organizacyjny – kościół jako przedsiębiorstwo. Dobry pastor potrafi zbierać fundusze, aby zapewnić jego rozwój. Bruce Barton, specjalista od reklamy, opublikował w 1925 roku książkę, która przez wiele lat doskonale się sprzedawała: The Man Nobody Knows. Jest to biografia Chrystusa, ukazująca go jako „rozsądnego organizatora, który zwerbował dwunastu ludzi z nizin społecznych, by przemienić ich następnie w grupę sprzedawców, która podbiła świat”. Reklama i kościoły od samego początku stanowiły dobraną parę. W dziewiętnastym wieku pastorzy rozdawali ulotki, by pozyskać wiernych. W dwudziestym wieku w miejscach kultu używano neonów, jeszcze zanim zrobili to handlowcy. Pastorzy wykorzystywali radio do wygłaszania kazań od chwili powstania tego wynalazku; podobnie było z telewizją w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku.

Czy na bardzo ostro rywalizującym rynku religijnym wzrost dochodów i zwiększająca się liczba wiernych nie dowodzą, że jest się wybrańcem Boga? Wierni chętnie w to wierzą, a uczciwi pastorzy są o tym przekonani. Nikt się po nich nie spodziewa, że będą żyć w biedzie, bowiem bieda postrzegana byłaby jako porażka, a nie oznaka świętości. Często przed amerykańskimi kościołami stoją na parkingach luksusowe samochody, zajmując miejsce zarezerwowane dla pastora. Jeśli Bóg troszczy się o jego dobro, to czy nie zadba tak samo o jego owieczki?

A szarlatani? Jeśli często się ich spotyka, to jak ich rozpoznać? Ostatnią instancją rejestrującą amerykańskie kościoły jest urząd skarbowy. Od momentu, kiedy przedsiębiorstwo religijne spełnia obiektywne kryteria uprawniające do zwolnienia od podatku, staje się kościołem. Pojęcie sekty nie istnieje, w przeciwnym razie każdy amerykański Kościół byłby sektą. Nikogo także nie można oskarżyć o herezję, bo Konstytucja gwarantuje prawo do myślenia i wyrażania wszystkiego oraz wiary we wszystko. Ta tolerancja obejmuje naturalnie również muzułmanów, którzy stają się liczniejsi za sprawą imigracji z Indii i krajów arabskich. Kiedy więc w 2004 roku dyrektor szkoły w Muskogee, w stanie Oklahoma, zabronił jedenastoletniej dziewczynce noszenia chusty, sędzia federalny anulował tę decyzję w imię wolności religijnej, a rodzinie dziecka przyznał odszkodowanie. Sytuacja jest więc krańcowo odmienna od tej, jaką znamy z Francji, gdzie zasada laickości jest nadrzędna wobec wszelkiej ekspresji religijnej, mogącej zagrozić społeczeństwu.

Ale nawet jeśli religia pozwala wszystko wyrażać, nie znaczy to, że wolno wszystko wprowadzać w czyn. Mormoni mają więc prawo wierzyć, że Bóg nakazał wielożeństwo, ale nie mają prawa go uprawiać. W praktyce nie zawsze jest to równie łatwe. W Stanach Zjednoczonych pozycję religii utwierdza czas i sukces. Tak właśnie jest w przypadku Kościoła Scjentystycznego, będącego w Ameryce religią, a w Europie sektą. Oskarżenie o sekciarstwo jest źle widziane w Stanach Zjednoczonych, dlatego że zarówno amerykańska ideologia, jak i Konstytucja nie pozwalają władzom politycznym wydawać sądów wartościujących. Ponadto takie oskarżenie przywołuje złe wspomnienia i przypomina o tym wszystkim, co dzieli Amerykę od Europy: angielscy pielgrzymi (Pilgrim Fathers) udali się na wygnanie do Ameryki właśnie po to, by uniknąć oskarżeń o sekciarstwo. Taki jest fundament amerykańskiego społeczeństwa – nawet jeśli nić łącząca dawne sekty purytańskie z nową amerykańską religią jest bardzo wątła.

Źródło: forumksiazki.pl
Guy Sorman

  1. 28/10/2007 o 21:04

    Bardzo interesujący materiał, jeszcze tu wróce,

    serdecznosci

  2. 12/02/2008 o 03:00

    Czuję gaz zewsząd się ulatniający niezależnie od miejsca oddalenia od potencjalnego jego źródła zgłosiłem sprawę przyjechali stwierdzili że wszystko w porządku pozbyłem się gazu dalej go czuję dobija mnie ten zapach i oczekiwanie na wybuch piszę tu bo sprawiasz wrażenie przypadkiem tu trafiłem widać mam szczęście.

  1. No trackbacks yet.
Możliwość komentowania jest wyłączona.
%d blogerów lubi to: