Dom dziecka, zamiast pomagać, przechowuje dzieci, a wychowawca skupia się na tym, by przetrwać. Dlatego często pęka. Wchodzi w koalicje z najbardziej zbuntowanymi albo się ich pozbywa. Nawet do psychiatryka.

Rozmowa z dr Jolantą Paruszkiewicz, ordynatorem psychiatrii dziecięcej w szpitalu psychiatrycznym w podwarszawskim Józefowie

Adam Czerwiński, Marcin Markowski: Domy dziecka posyłają dzieci do szpitali psychiatrycznych za karę. U pani na oddziale są takie dzieci?

Dr Jolanta Paruszkiewicz: Mnóstwo. Choćby Weronika. Ma 14 lat. Do szóstego roku żyła w rodzinie patologicznej. Ojciec alkoholik wylądował w więzieniu. Ojczym ją gwałcił. Matka nie potrafiła ochronić córki, Weronika trafiła więc do domu dziecka. I ciągle z niego uciekała. Do matki i przyrodniego rodzeństwa, z którym była bardzo związana. Niestety, opiekunowie z domu dziecka przenieśli dziewczynkę z Krakowa do Warszawy, żeby miała dalej do matki. No i zaczęło się. Kolejne ucieczki, pogotowie opiekuńcze, wreszcie szpital. Trafiła do nas tuż przed Bożym Narodzeniem. Rozpoznaliśmy zespół stresu pourazowego i depresję. Tak bardzo chciała zobaczyć matkę i rodzeństwo, że groziła samobójstwem. Po badaniu okazało się, że to szantaż.

Wymagała leczenia w szpitalu?

– Potrzebowała terapii, ale kilka lat wcześniej. Gdy została zgwałcona i wyrwana z rodziny. Wtedy nie dostała pomocy. Skierowanie do szpitala wynikało z bezradności opiekunów i ich lęku, że może rzeczywiście coś sobie zrobi.

Kto tej pomocy miał udzielić?

– Dom dziecka. Ten w Krakowie, blisko matki. Pierwszą traumą dla Weroniki był gwałt. Drugą – oddzielenie od bliskich. Gdy Weronika była już u nas, jedyną motywacją do podjęcia współpracy była perspektywa kontaktu z rodziną. Napisaliśmy o tym opiekunom z domu dziecka, zgłosiliśmy sprawę do sądu rodzinnego. Na nic. Dziewczynka nie spotkała się z bliskimi. Szybko do nas wróciła, bo znów groziła, że się zabije.

Co zobaczyła, gdy pojawiła się w szpitalu? Co widzą dzieci niepotrzebnie kierowane do psychiatryka?

– Okna bez klamek, kontakty elektryczne dwa metry nad podłogą, kraty w oknach. Odrapane ściany, prymitywne łóżka.

Chorych widzą?

– Tak. Są w tych samych pokojach. Mamy pacjentów bezwzględnie wymagających leczenia w szpitalu psychiatrycznym. Upośledzonych, agresywnych, zachowujących się dziwnie. Czasem niszczą zabawki, ale zdarza się, że mażą się własną kupą. Nowi pacjenci są w szoku. Przychodzą do mnie i mówią: „Ja taki nie jestem, nie pasuję do tych czubków”. To prawda. Weronika i tacy jak ona – dzieci z rodzin patologicznych, które nie otrzymały pomocy na czas – tak naprawdę zachowują się normalnie. Po prostu przystosowują się do warunków, w jakich przyszło im żyć.

Normalnie? Raport RPO mówi, że do psychiatryków trafiają dzieci, które piją, palą, biją rówieśników, wagarują, uciekają z domów i ośrodków, kłamią. A gdy wychowawca coś do nich mówi, często słyszy: „Pierdol się”.

– U dzieci z takich środowisk to zachowanie normalne. Podpatrzone u rodziców, kolegów z podwórka. Włącza się też mechanizm odtwarzania traumy. Jak w rodzinach alkoholików. Ofiara prowokuje awanturę z pijanym mężem, ojcem, by mieć to już za sobą. Odczuć ulgę i odzyskać spokój. I dziecko też prowokuje. Dochodzi bunt. Młody człowiek pozbawiony wcześniej pomocy lekceważy wychowawców, często poniża. Bo to ich winni za to, że zamiast z rodziną jest w domu dziecka.

To może normalne też jest zachowanie wychowawców? „Nie słuchasz, gnojku, to won do psychiatryka. Tam cię nauczą dyscypliny”.

– Można zrozumieć bezradność, narastającą frustrację. Po ludzku to rzeczywiście reakcja normalna. Każdy ma granice cierpliwości. W końcu pęknie i na przykład zacznie krzyczeć albo zbije dziecko. Wybierze drogę na skróty, argument siły.

Na wsi do dziś mówi się do łobuziaków: „Czekaj, czekaj, wojsko zrobi z ciebie człowieka”.

– Albo „lepsze bite niż siekane”. I wcale nie chodzi o mięso. Ale wychowawca tak nie może. To nieprofesjonalne. Skoro zdecydował się pracować w domu dziecka, musi wiedzieć, co zrobić. Znać sposoby nawiązywania takiej relacji z wychowankiem, by wpływać na jego zachowanie.

A ta pokusa, by problem załatwić siłą, srogą karą? Skąd się bierze?

– Tak jesteśmy wychowani od pokoleń. Zamiast myśleć, szukać innych rozwiązań, hołdujemy stereotypowi wychowania autorytarnego.

Skoro wszyscy reagują normalnie, to co jest nienormalne? Co sprawia, że na wasze oddziały trafiają dzieci, które trafiać tam nie powinny?

– System. Chory system. Przede wszystkim brakuje profesjonalistów do pracy z dziećmi i rodziną w szkole, przedszkolu. Powinno zaczynać się od dzielnicowego, który z reguły bagatelizuje skargę matki, że dziewięciolatek ją bije. Odkłada słuchawkę, zamiast zainteresować poradnię. Wychowawca w domu dziecka ma kilkunastoosobową grupę. O pracy indywidualnej może tylko pomarzyć. Za mało jest psychoterapeutów. Dom dziecka, zamiast pomagać, przechowuje dzieci, a wychowawca skupia się na tym, by przetrwać. Dlatego często pęka. Wchodzi w koalicje ze zbuntowanymi albo się ich pozbywa. Nawet do psychiatryka. A tak naprawdę nie powinien godzić się na takie warunki pracy. Powinien walnąć pięścią w stół i powiedzieć: „Dość!”. Tylko że nikt tak nie robi. Znajdźcie w urzędach choć jedną skargę na system pracownika domu dziecka czy poprawczaka. Nic nie znajdziecie, bo wolą siedzieć cicho, niż stracić pracę.

W Europie dzieci, które wdają się w bójki, kradną, uciekają, są leczone środowiskowo, czyli blisko domu, w poradniach, ośrodkach interwencji kryzysowej, ostatecznie w rodzinach zastępczych gwarantujących opiekę i współpracę z rodziną biologiczną. A u nas spycha się takie przypadki na szpitale psychiatryczne. Zapominając, że szpital jest od leczenia, a nie naprawiania społecznie zepsutych dzieci, którym w porę nie udzielono pomocy.

Czy Weronice w jakikolwiek sposób może pomóc szpital psychiatryczny?

– Tylko trochę. W szpitalu leczy się ciężkie przypadki. Dalej terapia powinna być kontynuowana w poradni, w kontakcie z rodziną. Jak w zwykłym szpitalu: trafia pacjent z zapaleniem płuc, dostaje dużo leków i – choć nie jest całkiem zdrowy – wychodzi, a potem opiekuje się nim lekarz rodzinny. Poza tym psychoterapia jest możliwa tylko wtedy, jeśli Weronika sama zechce. Nie da się zrobić terapii 14-latce wbrew jej woli. Wszystko, co mogliśmy zrobić, to zaznaczyć w wypisie ze szpitala, że warunkiem jakiejkolwiek przemiany w jej zachowaniu jest kontakt z rodziną. Że tabletki nie pomogą. Co z tym zrobił dom dziecka – już mówiłam.

Jak uwolnić Weronikę od jej problemów, wychowawców, którzy idą na łatwiznę, i od tego, co spotyka ją w szpitalu psychiatrycznym?

– Jeśli sama nie chce się zmienić, a systemu pomocy nie ma – powinna uciec, schować się i mieć wszystko w nosie.

*Imię dziewczynki zostało zmienione
Źródło: Gazeta Wyborcza

Co mówi raport RPO

Domy dziecka i ośrodki szkolno-wychowawcze za karę posyłają niegrzecznych wychowanków do szpitali psychiatrycznych – ustalił Rzecznik Praw Obywatelskich […]. RPO skontrolował 316 placówek. Okazało się, że wychowawcy zgłaszają do psychiatryków dzieci z zaburzeniami zachowania, agresją, ADHD, dysleksją, trudnościami szkolnymi, a lekarze z obawy przed odpowiedzialnością przyjmują je na leczenie i wypisują z zaleceniem „indywidualnego, życzliwego traktowania”.

Rzecznik Praw Obywatelskich w wystąpieniu do p. Anny Kalaty, Minister Pracy i Polityki Społecznej przedstawił przeprowadzoną w Biurze RPO analizę dokumentacji pobytu wychowanków placówek opiekuńczo-wychowawczych w szpitalach psychiatrycznych w latach 2004-2006 – 25 lipca 2007 r.

Źródło: Rzecznik Praw Obywatelskich

Nie mogę oprzeć się pokusie spytania czym w tym czasie zajmowały się organy państwa właściwe do kontroli sytuacji jaka zaistniała:

Czy po raz kolejny korygowały listę ‚niepożądanych’ lektur szkolnych (minister edukacji); czy też znowu organizowały konferencję prasową na której omawiały niekończące się pasmo sukcesów moralnych rządu (minister sprawiedliwości); czy też może nadal analizowały postawy seksualne postaci z bajek dla dzieci (rzecznik praw dziecka)?

Reklamy