Ostatnimi czasy komentarz Rafała Ziemkiewicza na temat jakości konwertytów w naszym kraju rozbawił mnie do łez:

Pewien mój dawny znajomy z przyczyn rodzinnych zmienił wyznanie: z ewangelicko augsburskiego na katolicke. Ponieważ był człowiekiem kompletnie pozbawionym potrzeb metafizycznych, w praktyce wyglądało to tak, że zamiast nie chodzić do zboru, nie chodził do kościoła.

Kilka dni po lekturze powyższego tekstu trafiłem na kolejny, który wyjaśnił mechanizmy rządzące wspomnianym przypadkiem – wierzących i niepraktykujących wyznawców.

Jedna katoliczka więcej

Szkoła mojej córki jest niemalże sanktuarium. Pierwszy z nią kontakt mojego dziecka polegał na poświęceniu tornistrów. Symbole religijne są tam obecne na każdym kroku, a uroczystości religijne i rekolekcje przewijają się przez szkolną codzienność, często kosztem lekcji świeckich. […]

Niewierzący, czyli wykluczony

Dla katolickiej większości na ogół to żaden problem – wiedzą, że lekcje religii w przedszkolach i szkołach nie są obowiązkowe. Nie ma przymusu religijnego, więc nie ma o czym mówić. Owszem, jeśli przez przymus rozumiemy prawo nakazujące coś czynić pod groźbą sankcji, to takiego przymusu nie ma. Jeśli jednak rozumiemy to słowo w znaczeniu potocznym – jako konieczność znoszenia przykrości w następstwie niezastosowania się do jakiejś normy zachowania – to taki przymus jest, i to bardzo silny. […]

W przedszkolu wyglądało to tak, że dwa razy w tygodniu do sali, gdzie na co dzień przebywała „nasza grupa”, przychodziła katechetka i prowadziła swoją lekcję. Teoretycznie mógłbym zażądać, by moja córka nie brała udziału w tych zajęciach, ale oznaczałoby to, że na czas ich trwania zostanie wyprowadzona do innej sali. Tyle że w przedszkolu wyprowadzenie dziecka do innej sali to najsurowsza forma kary. O żadnym proteście nie było mowy. […]

W szkole sytuacja się powtórzyła. Okazało się, że w pierwszej klasie dwie katechezy odbywają się pomiędzy innymi lekcjami i jeśli moja córeczka miałaby w nich nie uczestniczyć, musiałaby iść w tym czasie na świetlicę. Rzecz jasna, byłaby to dla niej wielka przykrość i wstyd, gdy sama jedna miała zostać w taki sposób wykluczona z życia klasy i napiętnowana odosobnieniem. Zresztą dziecko chciało uczęszczać na lekcje religii. Do przymusu społecznego dołączył się wynikający z niego przewrotny przymus psychologiczny.

Miałbym walczyć z sumieniem własnego dziecka? Gdybyśmy byli innego wyznania, sprawa byłaby łatwiejsza. Takie dzieci mają coś w zamian za lekcje religii katolickiej. Wiedzą, że wprawdzie nie uczestniczą w katechezach i różnych uroczystościach, ale za to ich koledzy nie uczestniczą w innym życiu religijnym, które one mają poza szkołą. U niewierzących nie ma takiej kompensacji. Jest czysta strata i pokrzywdzenie – inne dzieci idą do komunii, mają piękne ubranka i prezenty, a ja nic. Którzy rodzice będą tak zawzięci, by skazać swe dzieci na taką przykrość?

Swoją drogą ciekawe, ile dzieci chodzi na religię i przystępuje do komunii właśnie w takich okolicznościach. Trudno byłoby policzyć, ilu jest w Polsce autentycznych katolików, skoro tak silna jest społeczna presja, by się nie wyróżniać przez nieuczestniczenie w powszechnych manifestacjach religijności. Czy nasi socjologowie religii znają odpowiedź?

Zachęcam do lektury tekstu autorstwa Jana Hartmana i chwili refleksji.

Reklamy